Zakładki:
......
.......
........
.........
Dekret warszawski
E-varsaviana
Fotoblogi i blogi warszawskie
Informatory
Komunikacja warszawska
Różne
Warszawa
Warszawa - z obiektywu forumowiczów
Warszawa przedwojenna
Warszawa wojenna
Wycieczki po Warszawie z przewodnikami
Żydzi Warszawy

blogi










site statistics


niedziela, 27 listopada 2011
Siekierki

warszawa

Siekierki to osada leżąca na uboczu ulicy Czerniakowskiej, w zakolu Wisły. Mało kto tutaj zagląda z miasta. Jeśli już to najwyżej na Bartycką do centrum handlowego albo w sierpniu na Kopiec Czerniakowski.

Ta część Dolnego Mokotowa ma długą historię. Wieś Siekierki powstała w XVII wieku na miejscu zaginionej po wojnach szwedzkich wsi Czarnowo. W XVIII wieku rozciągały się tutaj tereny łowieckie Augusta II, który je wydzierżawił od Lubomirskich. „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” z 1879 roku podaje, że jest to wieś nad Wisłą w powiecie warszawskim, w gminie Mokotów i należy do parafii Wilanów. Leży dwie wiorsty od Warszawy, między Solcem a Czerniakowem i ma 211 mieszkańców. Tenże słownik informuje, że w 1827 roku stało tu zaledwie 20 domów z 117 mieszkańcami. Siekierki wchodziły w skład dóbr Czerniaków.

Przed wojną na Siekierkach przy ulicy Nadrzecznej był dwór i folwark. Do dzisiejszych czasów nic nie pozostało. Nie ma nawet fundamentów. Jednym śladem po dziedzińcu dworskim jest potężne drzewo. Na terenie dawnego folwarku są ogródki działkowe. Po wojnie przez jakiś czas był tutaj PGR.

Na ogrodzeniu Domu Kultury przy Siekierkowskiej można obejrzeć stare zdjęcia z lat pięćdziesiątych. Widać sielski, wiejski krajobraz, łąki, żniwa, żniwiarzy, stogi na polach. Na Wilanówce kąpią się dzieci. Nad Wisłą na plaży ludzie wypoczywają, piaskarze na baty ładują piasek, wędkarze łowią ryby. Ulice bardziej przypominają wiejskie piaszczyste drogi niż miejskie ulice. Przy Gościńcu widać w tle stogi siana. Choć Siekierki wraz z Mokotowem zostały włączone do Warszawy w 1916 roku, długo była tutaj wieś. Przed II wojną światową były zabudowane przeważnie chatami z bali, krytymi strzechą. Wszystko niemal spłonęło po upadku Powstania Warszawskiego. Niemcy podpalali całe ulice. Domy murowane zostały odbudowane przez właścicieli, którzy wrócili w 1945 roku. pokaż powiększenie

Mieszkańcy uprawiali pola, utrzymywali się z wydobywania piasku. Przy Cytrynowej, Daktylowej i Figowej były nieduże parcele, gdzie mieszkali dorożkarze warszawscy. Jeszcze kilka lat po wojnie mieli tutaj swoje stajnie. Ulice są wąziutkie, często gruntowe. Zupełnie jakby to nie była Warszawa. Domki są nieduże, przeważnie parterowe z gankami. Gdzieniegdzie widać pozostałości gołębników, resztki komórek.

W pobliżu kościoła stoi kaplica. Tutaj podobno w czasie wojny miało miejsca objawienie. Dziewczynce na pniu wiśni ukazała się Matka Boska. Właścicielka drzewa upamiętniła to wydarzenie kapliczką. Parcelę pod kaplicę podarowali spadkobiercy właścicielki. Kościół wybudowany został na miejscu po przedwojennej ślizgawce.

W pobliżu Trasy Siekierkowskiej jest stawek porośnięty trzciną i tatarakiem. Jest to fragment Wilanówki, gdzie przed wojną było kąpielisko.

W latach 60-tych ubiegłego wieku mieszkało na Siekierkach około 3 tys. osób. Olgierd Budrewicz pisał: „Siekierki składają się z kilku garści czerwonych domków, rozrzuconych po polach i łąkach, niekiedy powiązanych czymś w rodzaju drogi. Są one siołem w postaci chemicznie czystej, ich ludność zajmuje się na ogół uprawianiem gospodarstw małorolnych, hodowlą krów oraz podobnie użyteczną robotą.” pokaż powiększenie

Główna ulica, Bartycka była wybrukowana kocimi łbami, pozostałe ulice to były często wertepy, wiosną i jesienią tonące w błocie. Wiele do momentu wybudowania wału przeciwpowodziowego było zalewanych przez powodzie. Do tej pory są tam ulice gruntowe, bez kanalizacji. W niektórych miejscach są jeszcze pompy uliczne, na zimę malowniczo okręcane powrósłem ze słomy, aby nie zamarzły.

Osada została bardzo zaniedbana po wojnie. Miasto tu nie inwestowało i nie pozwalało nic budować. Pociągnięcie pierwszej szosy asfaltowej stało się wielkim wydarzeniem. Do tej pory jest dużo pustych parceli, porosłych chaszczami. Na niektórych powstają nowe domy. Siekierki powoli zaczynają likwidowac wieloletnie zaniedbania.

Przed wojną były plany, aby między Łacha Siekierkowską a Jeziorkiem Czerniakowskim utworzyć wielki park sportowy ze stadionami i torem regatowym. Główną aleją miała być obecna ulica Wolicka. Całość miała być jakby sportowym uzupełnieniem dzielnicy Marszałka Piłsudskiego. Nigdy to nie zostało zrealizowane. Podobno na miejscu jednego z projektowanych stadionów stoi kościół.

Na Siekierkach wszyscy się znają. Tu nie ma wielkomiejskiej anonimowości Są dwa miejsca integracyjne: kościół i dom kultury „Dorożkarnia”. pokaż powiększenie

W "Dorożkarni” narodziła się fantastyczna plenerowa „Galeria Miejsc Zapomnianych”. Są to miejsca, które w przeszłości były na Siekierkach ważne a istnieją już tylko w pamięci mieszkańców. W tych miejscach stoją obecnie betonowe słupy z informacjami, co tu kiedyś było. Takich punktów jest 13. „Galeria” jest częścią arcyciekawego autorskiego projektu „Korzenie Siekierek”. Więcej można się dowiedzieć ze strony internetowej korzenie Siekierek - historia pisana losami rodzin . W ramach projektu odtworzona została mapa przedwojennych siedlisk, dom po domu, ulica po ulicy. Zapoczątkowany jest opis dziejów wszystkich rodów siekierkowskich. Są to czasami historie niesamowite. Można pozazdrościć lokalnego patriotyzmu i inicjatywy.

Na początku Siekierek przy Bartyckiej stoi kopiec, usypany z gruzów Warszawy. Obecnie nosi nazwę Powstania Warszawskiego. Od 1 sierpnia przez 63 dni pali się znicz. Kopiec jest dobrym punktem widokowym.

czwartek, 31 marca 2011
Bazar Różyckiego

warszawa
Na Pradze stoi drewniany syfon
i mówi jak beczka zachłyśnięta winem:
niech mnie spławią galarem do Gdańska
niech odpłynę, odpłynę, odpłynę
Mnie jak kosz owoców na grzbiecie
dobrzy ludzie poniosą po świecie
W owocach jest tlen jest żelazo
tlen i żelazo które pijecie
(...)
Wspominam ludzi, zwierzęta
i syfon ubogi na Pradze
wspominam syfon na Pradze
wspominam syfon na Pradze
Adam Ważyk "Syfon na Pradze"

Pod koniec ubiegłego roku na Bazarze Różyckiego była niewielka plenerowa wystawa z historycznymi zdjęciami targowiska. Pojawiła się nie bez powodu. Co jakiś czas jesteśmy informowani przez prasę, że władze miasta nie mają pomysłu na kształt bazaru i jego funkcję. Za to krążą pogłoski, że można by tu wybudować jakieś osiedla mieszkaniowe albo wieżowce. Trzeba zupełnie nie mieć wyobraźni i serca, aby dążyć do likwidacji legendarnego bazaru, będącego jedną z tożsamości historycznej Pragi.

Na tej wystawie były też zdjęcia starego, zabytkowego wiedeńskiego targowiska Naschmarkt, będącego odpowiednikiem Różyca, tętniącego życiem od rana do wieczora i będącego ogromną atrakcją miasta.

Za datę powstania Bazaru Różyckiego podaje się często rok 1901 ale trudno jednoznacznie ją określić, ponieważ w tej okolicy handlowano niemal od zawsze. Wiadomo natomiast, że do powstania bazaru przyczyniło się kupno parceli przez zamożnego farmaceutę i społecznika Juliana Józefa Różyckiego. Różycki na aptekach dorobił się wielkiego majątku. W latach siedemdziesiątych XIX wieku kupił place przy zbiegu ulic Wołowej, Ząbkowskiej i Targowej (Targowa 54, Ząbkowska 10, Brzeska 23 i 25). Z placami graniczył dom przy Targowej 56, zbudowany w latach 1865 – 67 dla Karola Juliusza Mintera, właściciela warszawskiej odlewni. Mieszkał w nim przedsiębiorca żydowski Manas Ryba, który miał podsunąć Różyckiemu pomysł utworzenia targowiska i potem został jego pierwszym administratorem.
pokaż powiększenie

Początkowo znajdowało się na targowisku podobno tylko siedem drewnianych zadaszonych kramów z wieloma stanowiskami handlowymi. Pozostała część placu nie była zabudowana ale od początku całość była ogrodzona. Od strony Targowej główne wejście prowadziło przez ładną kutą bramę. Bezpośrednio za nią stały trzy drewniane kramy i kiosk w kształcie niebieskiego syfonu ze srebrnym czubem, w którym sprzedawano łakocie.

Do pierwszej wojny światowej bazar się stopniowo rozwijał. Przybywało straganów i sprzedawców. Rozwój bazaru, powiększająca się liczba sprzedawców i ogromne rzesze kupujących spowodowały uhandlowienie sąsiadujących z nim ulic. Jak grzyby po deszcze zaczęły się pojawiać sklepy i zakłady rzemieślnicze. Na bazarze panował porządek. Było jakby ubranżowienie różnych części placu targowego.

Jan Kruszewski wspomina, że po prawej stronie bazaru były jatki. Od strony Brzeskiej królowała tandeta. Obok był drób, króliki, gołębie i inne żywe stworzenia. Za nimi znajdowała się gastronomia. Tu można było się pożywić flakami, pyzami, kaszanką na gorąco. Były również zimne zakąski. Kupcowe w wiaderkach miały minogi. Dziś minogi są drogie i poszukiwane, wówczas były to jedne z najtańszych ryb. Pod wódkę można było przegryźć pasztetową. Ryb handlarzom dostarczali wędkarze z pobliskiej łachy wiślanej. Rano były w sprzedaży sandacze, węgorze i sumy. Już wtedy wśród chłopskich furmanek grasowali cwaniacy od wyciągania pieniędzy od naiwnych. Grano w trzy karty, czarna-czerwona i w cetno i licho. Tu można było kupić fałszywa bizuterię i czasami prawdziwą ale kradzioną.
pokaż powiększenie

W czasie I wojny światowej bazar podupadł. Po wyjściu Rosjan Niemcy zabronili przywozić towary, często je rekwirowali. Odzyskanie niepodległości przyniosło odzyskanie rangi bazaru.

Przed drugą wojna światową administratorem bazaru był Antoni Potocki, zięć Różyckiego.

Handlowali głównie Żydzi. Nawet istniało powiedzenie, że są to praskie Nalewki. Gdy Niemcy w czasie wojny wywieźli Żydów do getta, handel prowadzili tylko Polacy. Kupcy byli bardzo uspołecznieni. Wspomagali Szpital Ujazdowski z rannymi z września 1939 roku. Za pomocą Międzynarodowego Czerwonego Krzyża przesyłali żywność więźniom Pawiaka. W czasie okupacji można było tu kupić wszystko, od żywności do broni. W 1944 roku bazar spłonął. Odrodził się już we wrześniu od strony Ząbkowskiej i Brzeskiej.

W listopadzie 1945 roku powstała Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym i wkrótce zaczęła nękać handlarzy. Wielu z nich trafiło do więzienia i obozów pracy. W 1950 roku bazar przeszedł na własność Skarbu Państwa.

W latach 60-70-80 bazar rozkwitał. W latach 50-tych dyktował modę. Czarny handel kwitł. Było wszystko, czego nie można było kupić w państwowym sklepie. Tłumy kupujących przewalały się od samego rana. Po prawej stronie były buty, po lewej można było kupić pyzy. Środkiem stały budy z odzieżą. Od strony Brzeskiej sprzedawano warzywa, owoce. Tu stały baby z drobiem, często żywym. Od strony Ząbkowskiej przy wejściu można było w czasach kartkowych kupić kartki na mięso. Tu mieli swój punkt handlowy złodzieje. Milicja w tę część bazaru waliła jak w dym. Złodzieje uwijali się też w zatłoczonych alejkach, między nimi grasowały bandy dzieci cygańskich. Bazar był słynny w całej Europie socjalistycznej. Nie było wycieczki, która by tu nie przyjechała na zakupy.
pokaż powiększenie

W najlepszym okresie na bazarze było 500 stałych bud i niemal drugie tyle sprzedawców naręcznych. Tu można było wszystko kupić i pieniądze stracić. Nie jeden przegrał pensję przy stoliku z trzema kartami lub lusterkiem.

Olgierd Budrewicz w „Zdumiewającej Warszawie” opisywał, co też można tu kupić. Tak więc:

„Piękne rzeczy! Fotografie Beatlesów i haftowane poduszki z łabędziami, amerykańskie dżinsy i jesionki z wykupywanych w sklepach państwowych atrakcyjnych materiałów, buciki na koturnach z wielkimi okrągłymi noskami („wieś innych nie nosi”), stragany z oleodrukami jeleni i niedźwiedzi (koncesjonowane), kilkanaście budek z sukniami ślubnymi (panienki przymierzają za wiotką zasłonką, panowie zaglądają przez szpary), budy z ubrankami dziecięcymi, stoiska z galanterią, kwiatami, owocami, mięsem…”

Władze miasta od zawsze krzywo patrzyły na bazar. Już w latach 60-tych były pomysły likwidacji. Od Brzeskiej miał powstać parking, a od Targowej budynek mieszkalny. Potem temat likwidacji bazaru powracał jeszcze parokrotnie, ale władze rezygnowały, bo jednak czerpały z niego duże zyski.

Upadek bazaru rozpoczął się w momencie gdy na Stadionie Dziesięciolecia powstał Jarmark Europa. Cała klientela a zwłaszcza hurtownicy zza wschodniej granicy tam się przenieśli. Odeszło nawet szemrane towarzystwo. Znikły stoliki z trzema lusterkami, nikt nie szeptał dyskretnie, że ma złoto za bezcen do oddania.

W 1994 roku gmina wraz ze stowarzyszeniem Bazary Pragi postanowiła bazar ratować. Planowano teren unowocześnić, ciągi zadaszyć, doprowadzić wodę i ogrzewanie. Miało to trwać kilka lat i kosztować kilka miliardów złotych. Kupcy byli nastawieni sceptycznie. W tym roku zaczęto rozwalać budy i stare budynki gospodarcze od strony Ząbkowskiej aby zrobić nowoczesny kilkupoziomowy parking. Jak parking wygląda dziś, wszyscy wiemy. Nędzne klepisko.
pokaż powiększenie

W 1996 roku w oficynie kamienic przylegających do bazaru przy Targowej 50/52 odkryto barwne malowidła z 1934 roku. Same kamienice są bardzo stare, jedna z lat 30. druga 60. XIX wieku. Tu przed wojną mieścił się żydowski dom modlitwy. Miały się wtedy rozpocząć prace rozbiórkowe, bo dzielnica miała pomysł na bazar końca XX wieku, piękny, nowoczesny i przeszklony. Maria Brukalska, ówczesna konserwator wojewódzka, nie sprzeciwiła się planom dewastacyjnym. Pracownicy urzędu twierdzili, że te domy nie mają żadnej wartości. Znalezisko było sensacyjne. Takich domów modlitwy przed wojną było w Warszawie około 400. To jest jedyny zachowany z malowidłami i napisami hebrajskimi. Obecnie powstaje tu Muzeum Pragi. Prace mają się zakończyć pod koniec roku.

W 1998 roku władze miasta uznały, że bazar Różyckiego jest skansenem szpecącym miasto i chciały go wydzierżawić na 30 lat, budując gmach handlowy. Proponowały udział w tym przedsięwzięciu handlarzom, lecz oni odmówili, nie chcąc inwestować w cudzą własność. W tym czasie bowiem spadkobiercy aptekarza wystąpili o zwrot placów zabranych na mocy dekrety Bieruta. Władzom dzielnicy roszczenia jakoś nie przeszkadzały w dysponowaniu majątkiem, do którego nie miały praw. Kupcy bazarowi poszli ze swoją propozycją inwestycji do spadkobierców Różyckiego. To od nich potomkowie farmaceuty dowiedzieli się o planach dzielnicy. Indagowany w tej sprawie rzecznik dzielnicy tłumaczył pokrętnie, że urząd nie ma wszystkich dokumentów dotyczących praw spadkowych.

Rok później powstał pomysł wybudowania nowoczesnego pawilonu, przypominającego krakowskie sukiennice. Nie wszyscy kupcy zgadzali się na takie rozwiązanie, bo nie byliby właścicielami stoisk tylko najemcami. Na bazarze były dwa zarządy, trwały między ich zwolennikami bójki, dochodziło do złośliwego wyłączania prądu.

W 2004 roku trwała dalsza degrengolada bazaru. Oprócz Stadionu klientów odbierało Centrum Wileńska. Część kupców, nie mogąc zarobić na czynsz, odeszła na Stadion. Na Różycu pozostało 200 najwytrwalszych. W kwietniu kończyła się dzierżawa terenu, ale miasto nie chciało jej przedłużyć, bo handlarze zalegali z opłatami. Nie byli w stanie miesięcznie uzbierać 85 tys, bo taki był czynsz.
pokaż powiększenie

Jak wygląda bazar w tej chwili każdy wie. I nie wiadomo co będzie dalej. Niedługo zostanie otwarte muzem Pragi. Zaczną również zjeżdżać wycieczki Żydów. Na bazarze czas się zatrzymał. Nie ma nic atrakcyjnego.

Jest propozycja, aby bazar był uzupełnieniem muzeum. W Warszawie nie ma w zasadzie miejsca, gdzie można kupić ciekawe warszawskie pamiątki, nawet samych pamiątek właściwie nie ma. Ciągle ta sama oferta: albo miniaturka Pałacu Kultury albo pomnika Małego Powstańca. Nie ma też miejsca, gdzie można poznać warszawski folklor. Zachowało się wiele filmów z przedwojennej i tuż powojennej Warszawy, pochowanych w archiwach. Można by tu również sprzedawać judaica. W kamienicy przy Targowej 56 ma powstać centrum szkolenia rzemieślników starych praskich profesji. Całość byłaby świetnym punktem prezentującym warszawski folklor i kulturę, zwłaszcza, że Warszawa ubiega się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Wzmiankowany na początku Naschmarkt, mieszczący się w centrum Wiednia, jest miejscem bardzo atrakcyjnym, obleganym od świtu do nocy. Zrekonstruowano na nim stare, zabytkowe kramy. Podobnie by mógł wyglądać bazar Różyckiego. Istnieją zdjęcia przedwojennych stoisk i głównej bramy. Powinien wrócić kiosk syfon, stojący w latach 1901 – 1938 w bramie przy Targowej 54.

Pojawiła się informacja, że spadkobiercy Różyckiego właśnie odzyskali plac od strony Ząbkowskiej między Targową a Brzeską.

poniedziałek, 28 grudnia 2009
Boże Narodzenie w dawnej Warszawie.

warszawa

Święta w dziewiętnastowiecznej Warszawie wyglądały inaczej niż obecnie. Niektóre obyczaje zupełnie poznikały.

Kilka tygodni przed Wigilią organiści roznosili po domach opłatki. Wówczas bywały kolorowe. Najbardziej cenione były od bernardynów, bo odznaczały się dużą wielkością. Dzieci robiły z nich gwiazdy, które rozwieszano nad stołem z kolacją wigilijną. Przywilej roznoszenia opłatków mieli tylko organiści i czerpali z tego duży dochód.

Cóż wtedy jedzono? Przede wszystkim ryby. Kazimierz Wóycicki pisze:
...gotowano i smażono ryby, których zawsze, i to sztuk wyborowych, nigdy nie zabrakło, bo oprócz połowu w Wiśle zwożono zamrożone z różnych okolic kraju, szczególnie z Podlasia ogromne szczupaki, zwane przez temeczny lud rusiński maksymkami, i nie mniejsze karpie.
W domach zamożnych stawiano na stoły stare miody i wytrawne wina, wódkę gdańską i dubeltowe piwo.

Cały dzień zachowywano ścisły post. Wieczorem ulice pustoszały. O północy obdywały się pasterki. Najsłynniejsza była u paulinów. Organista wpuszczał na chór dobrane przez siebie liczne grono publiczności. Każdy z zaproszonych miał przydzielonego ptaka lub zwierzę, których głosy miał naśladować. W okresie panowania Niemców w Polsce święty Mikołaj na jakiś czas został zamieniony w pana Heilige Christa. Podobnie jak dziś rozdawał dary, przedtem odpytując dzieci, czy były grzeczne. :-)

Na początku XIX wieku ubodzy studenci w Wigilię odwiedzali zamożniejsze domy, gdzie czytali Ewangelię. Otrzymywali za to jedzenie i drobne pieniądze. Kazimierz Wóycicki pisze, że istniało wtedy w Warszawie powiedzenie "biegać z ewangeliczką" na określenie ciężkiego zabiegania o kawałek chleba.

W pierwszy dzień świąt młodzi chłopcy wywodzący się z ubogich warstw chodzili po kolędzie z turem albo żurawiem. Był nim chłopak ubrany w kożuch obrócony futrem na wierzch albo przystrojony w długą szyję z dziobem. Część towarzystwa była przebrana za Cyganów i proszalnych dziadów. Czasami towarzyszył też chłopak przebrany za niedźwiedzia. Kolędników chętnie obdarowywano i przyjmowano z radością.

Od Trzech Króli po domach chodzili królowie w towarzystwie rycerzy i odgrywali w zamożnych domach przedstawienia o narodzeniu Chrystusa. Było też dużo żywych szopek. Najsłynniejsze jasełka odbywały się u bernardynów na Krakowskim Przedmieściu.

W drugi dzień Bożego Narodzenia w niektórych kościołach był zwyczaj święcenia owsa. Snopki lub ziarno znoszono do kościoła Panny Marii, św. Jerzego, franciszkanów i dominikanów.

Po Świętach rozpoczynał się w Warszawie karnawał z hucznymi balami.

Po drugiej wojnie światowej przez wiele lat święta obchodzono skromnie. Pisał o tym w 1946 roku nieodżałowany Wiech:
"Teraz będzie troszkie skromniej. Na pierwsze kartkowy ulik w ikre kopany. Na drugie "Wśród nocnej ciszy", na trzecie "W żłobie leży", na czwarte "Przybieżeli pasterze", na piąte i szóste jeszcze dwie kolędy, no i ma się rozumieć na zakończenie suszone śliwki od "Undry". Gwiazdki będziemy mieć w górze nad głowami, bo właśnie wczoraj w nocy dach nam sąsiedzi zaszabrowali. "

sobota, 28 listopada 2009
Ulica Smolna

warszawa

Smolna należy do tych ulic, która po wojnie bardzo się zmieniły.

Pierwotnie składała się z dwóch części: górnej, która istnieje ale w okrojonym kształcie i dolnej na Powiślu, stanowiącej zachodnią granicę jurydyki soleckiej. Obecnie jedynym śladem po dolnej jest chodnik w parku przy skrzyżowaniu Książęcej, Rozbratu i Kruczkowskiego, równoległy do tej ulicy.

Nazwa ulicy pochodzi prawdopodobnie albo od nazwiska właścicieli gruntów przez które przechodziła albo od magazynu smoły, który się przy tej ulicy niegdyś znajdował. Nie ma jednak żadnych danych, które by mogły te przypuszczenia potwierdzić. Wiadomo tylko, że nazwa istnieje od XVIII wieku.

Jak wiadomo Komisja Brukowa w 1784 roku nadała wszystkim domom w mieście numery oraz przy tej okazji pomierzyła ulice. Całkowita długość Smolnej wynosiła około 840 metrów. Szerokość przy Czerniakowskiej, czyli w części dolnej wynosiła około 15 m a w górnej przy Nowym Świecie 8 m.

Ulica Smolna Dolna biegła wzdłuż ogrodów przy skarpie. W górnej części znajdowały się drewniane dworki. W tym czasie na całej Smolnej stało jedenaście posesji.
pokaż powiększenie

Jeszcze w XVIII w. na Smolnej nie było bruku. Stan jezdni był tak tragiczny, że mieszkańcy mieli znacznie obniżoną taryfę łokciową. Gdy wybudowano drogę Jerozolimską, Smolna Dolna otrzymała nawierzchnię makademizowaną. Ponieważ była to nawierzchnia bardzo nietrwała, w 1845 roku na odcinku od Książęcej do drogi Jerozolimskiej położono bruk. Jakość jego nie zadowoliła mieszkańców jedynego wówczas domu na tej ulicy. Na ich wniosek ulica została przebrukowana, rynsztoki zaś udrożniono. Charakter ulicy nadawały dwie rządowe fabryki: Rządowa Fabryka Machin Żelaznych i Fabryka Kobierców, znajdujące się po jej wschodniej stronie. Przed Fabryką Kobierców mieściły się w tym miejscu zabudowania browaru. Po zachodniej stronie tereny należały do szpitala św. Łazarza i tu znajdował się jeden dom, graniczący z nimi oraz Młyn Parowy, choć jego front był od strony Alei Jerozolimskiej.

Fabryka Machin niemal cały czas należała do Banku Polskiego. Po 1845 roku wybudowano tu najdłuższy budynek w Warszawie, ciągnący się wzdłuż całej Smolnej Dolnej. W 1868 roku Lilpop wykupił zakłady a po przystąpieniu do spółki Raua i Loewensteina zmieniły one nazwę na Akcyjne Przemysłowe Towarzystwo Zakładów Mechanicznych i Górniczych Lilpop, Rau i Loewenstein. Tu miał miejsce pierwszy robotniczy strajk w Królestwie.
pokaż powiększenie

Po przeciwnej stronie Smolnej, pod skarpą, znajdowała się działka należąca do Skarbu Państwa, która została kupiona przez fabrykanta wyrobów srebrnych, Augusta Wolkowitza. Kontrakt sprzedażny był bardzo ciekawy. Miał wiele warunków, między innymi, nie wolno było zmieniać kształtu skarpy ani sadzić wysokich drzew, aby nie zasłaniały widoku na skarpę z okien pobliskiej Izby Obrachunkowej. Od 1866 roku na posesji Wolkowitza mieściła się Warszawska Szkoła Weterynarii, która w roku 1899 została przekształcona w Warszawski Instytut Weterynaryjny i przetrwała tutaj do 1901 roku.

Dwie części Smolnej łaczyły drewniane schody.

Zabudowa Smolnej Górnej wyglądała zupełnie inaczej. Nie było tutaj żadnych zakładów przemysłowych. Pod koniec XVIII prawa część Smolnej (patrząc od Nowego Światu) zaczynała się od posesji składającej się z drewnianego dworku. W 1827 roku została kupiona przez Wojciecha Kicińskiego, który rozebrał drewniane zabudowania i wystawił murowaną trzypiętrową kamienicę na planie litery L, zaprojektowaną przez Corazziego. Był to w tym czasie najwyższy budynek warszawski. Szybko okazało się, że fundamenty zostały niedbale wykonane i elewacja boczna ściany przesunęła się pół metra w kierunku ulicy, zwężając ją. To spowodowało zatarg z kasztelanem Ksawerym Lewickim stawiającym po przeciwnej stronie pałac. Z posesją Kicińskiego sąsiadował folwark księży paulinów, który w 1824 roku został odkupiony przez Magistrat pod budowę nowego odcinka Al. Jerozolimskich. Następnie uszczuplony o fragment potrzebny na budowę Alej został odsprzedany Ksaweremu Lewińskiemu. Z czasem kilka okolicznych parceli również stało się własnością rodziny Lewińskich.
pokaż powiększenie

Smolna Górna pierwszy raz była brukowana w połowie XIX wieku. Nie była przyjemną ulicą. Domy drewniane były zrujnowane, posesje nie miały parkanów, nie było widać ich granic. W tej sytuacji w 1858 roku Magistrat przedstawił plan regulacji ulicy Smolnej. Miała stać się aleją wysadzaną podwójnym szpalerem drzew. Pałac Lewińskiego był już własnością Branickich. Posesja była nieogrodzona i zaniedbana. Stanowiła przystań dla różnych mętów. Magistratowi trudno było jednak wyegzekwować uporządkowanie tej posesji. Wynikało to z tego, że Branickim miasto zabrało część terenów i nie wypłacano odszkodowania. Dopiero, gdy Magistrat wywiązał się ze zobowiązań, Branicki posesję ogrodził. Nastąpiło to w 1863 roku. W tym samym roku przystąpiono do ponownego brukowania ulicy. Materiał stanowiły nadwyżki kamieni po robotach brukarskich na placu Zielonym. Pierwotnie nie wybrukowano całej ulicy, ponieważ brakowało brukarzy. Na części były wybrukowane tylko rynsztoki i to też częściowo. Na ostatnim odcinku rynsztoki zastępowały drewniane koryta. Brukowanie dokończono trzy lata później.

W 1881 roku wytyczono uliczkę łączącą Smolną z Foksal ale przebita została dopiero po kilku latach. Otrzymała nazwę ulicy Wysokiej. Jeszcze przed pierwszą wojną światową zrezygnowano z odrębnej nazwy na rzecz Smolnej. Przy okazji ujednolicono numerację.

Druga połowa XIX wieku przyniosła Smolnej wielkie zmiany. Zaczęto budować kamienice. Pierwsza trzypiętrowa z frontem od strony Alei Jerozolimskiej powstała w roku 1861. Potem kolejno burzono drewniane dworki i budowano następne. Ponieważ numeracja parceli w wyniku podziałów zrobiła się zagmatwana, jeszcze raz ulicę przenumerowano i zniesiony został podział na Górną i Dolną. Przed II wojna światowa stało tutaj 35 domów.

Pod koniec XIX w. znajdowały się na Smolnej dwie fabryczki i zakłady stolarskie. Ciekawostką jest to, że w roku 1890 wdowa po właścicielu zakładów stolarskich założyła w nich przytułek dla bezdomnych. Noclegi były płatne. Za 4 kopiejki ubodzy otrzymywali oprócz łóżka kubek ocukrzonej herbaty i kromkę chleba.
pokaż powiększenie

Najważniejszym budynkiem na Smolnej był Instytut Oftalmiczny, zaprojektowany przez Henryka Marconiego. Budowa zakończyła się w 1870 roku. Gmach był imponujący, w stylu włoskiego odrodzenia. Miał bardzo nowoczesne wyposażenie. Został spalony w 1944 roku przez Niemców i po wojnie nie odbudowano go.

Około 1900 roku Smolna zaczęła sie jeszcze bardziej zmieniać. Powstające kamienice nadały jej wielkomiejski charakter. Większość domów była projektowana przez Konstantego Wojciechowskiego i Bronisława Rogóyskiego - Brochwicza. Kamienice po stronie nieparzystej fronty miały od Al. Jerozolimskich a wejścia od Smolnej. Mieszkania były bardzo ładne i świetnie nasłonecznione. Następna duża zmiana nastąpiła po wybudowaniu mostu Poniatowskiego. Aby wjazd na most był łagodny, podniesiono poziom Alej Jerozolimskich. Równocześnie podwyższono też ulicę Smolną w jej górnym odcinku.

Na Smolnej w okresie międzywojennym mieszkało dużo znanych osób. Ulica uchodziła za elegancką. Pod numerem 23 mieszkała siostra Marii Curie - Skłodowskiej, Helena Skłodowska - Szalayowa. Pod numer 17 a potem 25 przebywał Robert Lindley, syn Wiliama. Pod numerem 7 było mieszkanie Stefanii Sempołowskiej. Mieszkał tutaj równiez Stanisław Wojciechowski zanim został prezydentem RP.

Przy Smolnej 30 23 października 1905 roku zaczęło działać pierwsze w Królestwie gimnazjum z polskim językiem wykładowym. Fundatorem był carski generał Paweł Chrzanowski, Polak z pochodzenia. W 1915 roku prawa do szkoły od wdowy po generale odkupił Maurycy Zamoyski. W czasie PW szkoła spłonęła. Została odbudowana po wojnie ale bez secesyjnej elewacji.
pokaż powiększenie

Po wojnie Smolna wyszła częściowo okaleczona. Dalsze zniszczenia przyniósł jej rok 1955, gdy w Warszawie odbywał się Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. W pobliżu Muzeum Narodowego i Nowego Światu miała się odbyć manifestacja. W związku z tym, aby zapewnić dużo miejsca, wyburzono cała linię reprezentacyjnej al. 3 Maja, stanowiącej południowa pierzeję Smolnej. Zostały tylko dwa domy, Smolna 11 i 13. Reszta zajął znany nam dzisiaj skwer i trawniki.

Literatura: "Ulica Smolna" Ryszard Żelichowski
"Atlas dawnej architektury.." Jarosław Zieliński

poniedziałek, 05 października 2009
Upadek Powstania Warszawskiego

warszawa

Ciszą głęboką
maszerowali
do Ożarowa
maszerowali,
wróg stał po bokach
maszerowali,
wróg salutował
maszerowali.
Miasto za nami,
miasto skrwawione,
zryte bombami.
Wszystko skończone.
Maszerowali,
maszerowali.
"Maszerowali" Jakub Jasiński


29 września, piątek, był sześćdziesiątym dniem Powstania. Skapitulowały prawie wszystkie dzielnice. Po upadku Mokotowa walki toczyły się już tylko na Żoliborzu i w Śródmieściu. Obrona Żoliborza była tak samo trudna jak wcześniej Mokotowa, ponieważ obie dzielnice były dość luźno zabudowane. Na Żoliborzu dodatkowo główne ulice były bardzo szerokie, więc trudno było ustawić skuteczne barykady.

Dzień wcześniej ciężka artyleria niemiecka zaczęła ostrzeliwać pl. Wilsona i okolice ulicy Krasińskiego na Żoliborzu, zaś w Śródmieściu okolice placów Grzybowskiego i Zbawiciela. Jednocześnie zaś wysłannicy dowództwa AK przeprowadzali w Ożarowie pierwsze rozmowy z gen. von dem Bachem w sprawie zakończenia działań powstańczych. Natomiast w kwaterze dowództwa AK przy ulicy Pięknej odbyła się konferencja na temat sytuacji Warszawy. Gen. Chruściel mówił o doskonałym duchu żołnierskim i chęci walki, ale jednocześnie podkreślał, że miastu zagląda w oczy głód. W magazynach żywnościowych nie było już żadnych zapasów, nieliczne tylko oddziały miały jedzenie na 2 - 3 dni. Trzeba było już myśleć o ewakuacji.

Niemcy nieprawdopodobnie silnym ogniem pokrywali pozycje powstańcze na Żoliborzu. Powstańcy broniący sie na terenie zabudowań ss. Zmartwychwstanek stracili 2/3 oddzialu i w nocy wycofali się na drugą stronę ulicy Krasińskiego. W Śródmieściu toczyły się walki między innymi w okolicy placu Trzech Krzyży. W nocy z 28 na 29 września została rozbita grupa "Kampinos".

30 września większe wydarzenia rozgrywały się tylko już na Żoliborzu. O świcie przez zaskoczenie Niemcy obsadzili budynek na Słowackiego 35/43 naprzeciwko Straży Pożarnej a następnie natarli w kierunku placu Wilsona. Sytuacja walczących była beznadziejna.

Żoliborz skapitulował o godz. 18.00, oddziały składały broń do godz. 23.00 Do niewoli niemieckiej trafiło około 1500 akowców, w tym kobiety i około 400 rannych. Dowództwo AL nie uznało kapitulacji, alowcy pod osłoną nocy usiłowali dotrzeć do Wisły. Większośc niestety zginęła. W piwnicy domu przy Promyka 43 ukryła sie niewielka grupa żołnierzy ŻOB z Markiem Edelmanem. pokaż powiększenie

W Ożarowie były prowadzone rozmowy z gen. von dem Bachem w sprawie ewakuacji ludności cywilnej ze Sródmieścia. Ustalono zawieszenie broni w dniach 1 i 2 października od świtu do zmierzchu. Wyznaczono 5 punktów wyjściowych z miasta u zachodnich wylotów ulic: Grzybowskiej, Pańskiej, al. Jerozolimskich, Pieknej i Sniadeckich. Opuszczanie miasta miało się odbywać w godzinach 5 - 19. Wychodzący mogli zabrać ze sobą rzeczy osobiste i żywność.

1 pażdziernika wypadł w niedzielę. Okazało się, że ludnośc nie chce opuszczac Śródmieścia, choć panował głód i nie było wody ani prądu. Stawiło się zaledwie 8 tys. osób, głównie kobiety z dziecmi. To było ogromnym zaskoczeniem dla Niemców, spodziewających się, że w ciągu zawieszenia broni wyjdzie z miasta co najmniej 200 tys. warszawiaków. Natychmiast po upływie godz. 19 rozpoczęli silny ostrzał Śródmieścia. Tego dnia gen. "Bór" - Komorowski wysłał depesze do Londynu i dowódców okręgów AK w kraju z decyzją zakończenia walk powstańczych i kapitulacji.

2 października wyszło ze Śródmieścia około 16 tys.osób, ale 80% dalej trwało na miejscu. Od rana trwały pertraktacje polsko - niemieckie. W nocy z 2 na 3 października o godz. 2 został podpisany "Układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie". Przewidywał między innymi, że wobec ludności cywilnej nie będzie stosowana odpowiedzialność zbiorowa i że strona niemiecka dołoży starań, aby zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie prywatne i publiczne oraz, że umożliwi się ewakuację przedmiotów o dużej wartości artystycznej i kulturalnej. Jak miało się wkrótce okazać, Niemcy z tego się nie wywiązali - wszystko niemal zniszczyli i spalili. Działania wojenne zostały zakończone 2 października o godz. 21

3 października od rana usuwano barykady, będące najbliżej linii niemieckich. Ludność cywilna obładowana tobołami tłumnie wychodziła z Warszawy. Razem z nią nielegalnie część uczestników Powstania, która nie chciała iśc do niewoli niemieckiej.

4 października o godz. 10 rano pierwsze oddziały powstańcze rozpoczęły wymarsz z miasta. Większość akowców opuściła Warszawę 5 października. Wcześniej odbyła się ostatnia parada oddziałów przed Dowódcą AK, gen. Komorowskim "Borem".

Brudni, obdarci, twarze zbiedzone
Idą plutony krokiem miarowym.
Z tyłu, w kurzawie - ich miasto płonie,
Miasto poległych, miasto żałoby.

Boże! - więc to już naprawdę koniec
Śmiertelnie upartej, nierównej obronie?
Gdzie są dobosze? Duchów gromada,
Strzępy proporców chylą ku ziemi,
W kurzawie miasto płonie za nimi.
Parada! Ostatnia parada...
"Ostatnia parada" Edward Chudzyński

Już tego dnia specjalne oddziały niemieckie rozpoczęły grabież mieszkań i palenie kamienic.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10