Zakładki:
......
.......
........
.........
Dekret warszawski
E-varsaviana
Fotoblogi i blogi warszawskie
Informatory
Komunikacja warszawska
Różne
Warszawa
Warszawa - z obiektywu forumowiczów
Warszawa przedwojenna
Warszawa wojenna
Wycieczki po Warszawie z przewodnikami
Żydzi Warszawy

blogi










site statistics


niedziela, 12 lutego 2012
Biurowiec "Ufficio Primo", Wspólna 62

warszawa

Zmienia się od pewnego czasu stosunek do budownictwa socrealistycznego. Pałac Kultury i Nauki wpisany został do rejestru zabytków. Podobnie dzieje się z niektórymi domami budowanymi w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Inwestorzy zaczynają doceniać niebanalną architekturę i historię gmachów wznoszonych w czasach Bieruta.

Jednym z nich jest budynek przy ulicy Wspólnej 62, wybudowany w latach 50-tych dla ówczesnej Rady Ministrów. Zaprojektowany został przez architekta Marka Leykama prawdopodobnie w roku 1951. Jest jednym z najciekawszy budynków warszawskich tamtej epoki. Stanowi wyraz kompromisu między doktryną socrealistyczną a tendencjami w nowoczesnej architekturze zachodniej. Architekt elementy narodowe jak np. kolumny romańskie, wzorowane na kolumnach z krypty św. Leonarda na Wawelu wstawił w bryłę, naśladującą pałace florenckie. Układ wąskich okien zestawionych parami jest charakterystyczny dla powojennego modernizmu. Z kolei masywna okładzina piaskowa i mocno wystający gzyms przypominają pałace florenckie. Budynek był uznany przez ideologów realizmu socjalistycznego za skrajny przykład odchylenia kosmopolitycznego. Z tego względu chyba nie zamieszczono żadnego opisu gmachu. Pierwszy raz napisała o nim „Architektura” dopiero w 1957 roku. Jarosław Zieliński twierdzi, że nawet nie wiadomo kiedy naprawdę gmach został oddany do użytku. pokaż powiększenie

Rada Ministrów urzędowała tu bardzo krótko, bo już w roku 1953 przeniosła się w Aleje Ujazdowskie. Potem budynek był siedzibą rozmaitych biur projektowych, między innymi dla przemysłu samochodowego. W latach 90-tych kupił go razem z FSO koreański koncern Daewoo.

W roku 2005 stał się z kolei własnością spółki Euro Invest należącej do Jana Kulczyka. Spółka przez kilka lat przygotowywała się w porozumieniu z konserwatorem zabytków do przeprowadzenia generalnego remontu. Rozpoczęła go w 2010 roku a teraz w lutym gmach ma być oddany do użytku. Będą się tu znajdować luksusowe biura.

Trudny remont kosztował 16 mln euro. Trzeba docenić starania inwestora. Od strony biznesowej kupno i remont są zupełnie nieopłacalne. Większą część kubatury zajmuje atrium. Za te pieniądze można wybudować biurowiec o dwukrotnie większej powierzchni. Remont projektowała pracownia architektoniczna B'art.

Gmach jest bardzo ciekawie zaprojektowany wewnątrz. Centralną częścią jest atrium, nad którym znajduje się kopuła z 53 iluminatorami. Najwyższy punkt kopuły jest na wysokości 35 metrów. Podobno oryginalne świetliki były przywiezione z berlińskiego bunkra Hitlera a część szkieł został wyjęta z niemieckich reflektorów przeciwlotniczych. Wokół atrium ciągną się odkryte efektowne galerie z kolumnami. Równie efektowne są spiralne schody prowadzące do góry. Budynek ma dwa piętra piwniczne. pokaż powiększenie

Na samym dole znajduje się kopulaste pomieszczenie z promieniście rozchodzącymi się żelbetowymi żebrami, wybudowane jako schron atomowy. W bunkrze funkcjonowało przez jakiś czas kino Barbara, a w 1993 r. zaczął działać klub muzyczny Ground Zero. Po remoncie będzie tutaj mieścić się sala widowiskowo-konferencyjna. Ciekawostką jest to, że bunkier był wentylowany za pośrednictwem specjalnie do tego celu wybudowanej fontanny na skwerku przez budynkiem. Również ciekawa jest informacja, że gmach był zbudowany z cegły rozbiórkowej przywiezionej z Dolnego Śląska. Prawdopodobnie również stamtąd przyjechała szara, marmurowa posadzka.

Dwa tygodnie temu można było z niedużą grupą zwiedzać biurowiec, szykowany powoli do otwarcia. Wnętrzem jestem zachwycona. Piękny kopulasty sufit ze świetlikami i śnieżnobiałe krużganki odbijają się w czarnej, granitowej posadzce. Jest to nieprawdopodobnie efektowne. Wrażenie robią też spiralne schody z mosiężnymi balustradami. Biurowiec nosi nazwę Ufficio Primo.

wtorek, 13 grudnia 2011
Domki fińskie na Jazdowie

warszawa

Jest na Jazdowie miłe miejsce do spacerów wśród fińskich domków zatopionych w zieleni, tuż przy Alejach Ujazdowskich, Pięknej i Myśliwieckiej ale jednocześnie z dala od miejskiego gwaru. Osiedle jest klimatyczne i unikalne. Idealnie wpisuje się w skarpę warszawską. Zostało wybudowane już w 1945 roku. Domki przyjechały ze ZSRR, który je otrzymał od Finlandii w ramach reparacji wojennych. Były przeznaczone dla odbudowujących Warszawę.

W kwietniu i maju 1945 roku nadeszło do Warszawy 500 domków. W BOS trwała gorączkowa dyskusja nad tym, gdzie domki postawić. Józef Sigalin w swoich wspomnieniach pisze, że zakładano prowizoryczność osiedla ale i bliskość Śródmieścia, gdzie trwała intensywna odbudowa miasta. Wybrano wówczas trzy lokalizacje: Górny Ujazdów, Szwoleżerów i Wawelską. 25 czerwca 1945 roku rozpoczęto montaż pierwszego domku na Jazdowie. Składanie odbywało się bardzo szybko. Już 31 lipca do kierownictwa BOS przyszedł meldunek, że na dzień 1 sierpnia zostanie ukończona budowa osiedla Ujazdów Górny, składającego się z 90 domków fińskich, w tym wg typu 2 - 64 sztuki. Osiedle było pierwszym wybudowanym w Warszawie po wojnie i choć obecnie jest zmniejszone do 29 domków, istnieje nadal. Na Wawelskiej z ogromnej kolonii pozostały dwa domki, na Szwoleżerów nie ma ani jednego. Domki nie są byle jakimi barakami. To są domki wykonane z bardzo dobrego materiału, o ciekawej architekturze.

Ulica, przy której stoją, nazwę otrzymała dopiero w 1971 roku. Przed wojną była wewnętrzną drogą łączącą szpital w Zamku Ujazdowskim z koszarami przy zbiegu z Górnośląską. Pamiątką z czasów przedwojennych jest stojący pod numerem 5 ceglany pawilon szpitalny z drugiej połowy XIX wieku. pokaż powiększenie

Domki na Jazdowie są bardzo zadbane przez mieszkańców. Odmalowane, z porządnymi dachami, ładnymi oknami. Z werandami i ogródkami. Wszystkie są w świetnym stanie, z wyjątkiem jednego, którym opiekowało się miasto. Opuszczony, z zabitymi dyktą oknami, z połamaną, zapadniętą werandą, stoi jak wyrzut sumienia zawiadujących mieniem komunalnym w Warszawie. Jest jeszcze jeden wielki walor. To jest teren ogólnie dostępny. Każdy może spacerować alejkami jak po własnym ogrodzie.

Od kilku dni na osiedlu wrze, bo burmistrz Śródmieścia chce mieszkańców wysiedlić, domki rozwalić zaś teren przeznaczyć na cele administracyjne a osiedle koliduje z przyszłym planem zagospodarowania, którego jeszcze nie ma. To ciekawostka, bo najpierw powinien być plan a potem przygotowania do realizacji. Prawdopodobnie miasto myśli o następnych ambasadach. Jeśli one tu powstaną prawie cała skarpa zostanie zamknięta dla warszawiaków. Zniknie jeszcze jedno magiczne miejsce. Chciało by się zapytać dla kogo jest miasto. Czy dla warszawiaków czy dla aroganckich urzędników? W tych domkach mieszkało wielu słynnych ludzi, miedzy innymi Jonasz Kofta. pokaż powiększenie

Historia Warszawy została brutalnie rozcięta przez lata okupacji. Po 1945 roku zaczęto ją pisać w pewnym sensie od nowa. Domki fińskie na Jazdowie są pierwszym ogniwem tej nowej historii. Czy nie zasługują na zachowanie? Na Jelonkach stoją domki po budowniczych Pałacu Kultury i budzą powszechny zachwyt. Jakoś burmistrz Bemowa nie mówi o wyburzeniu. Pięknie się wpisały w krajobraz dzielnicy.

Mieszkańcy Jazdowa domki sobie ucywilizowali. Porobili łazienki, bo kiedyś tu były sławojki. Mają ciepłą wodę, ogrzewanie, niektórzy dobudowali sobie werandy. Domki są pogrodzone od lat 80-tych, kiedy to zomowcy spali ludziom pod oknami. Na zebraniu mieszkańców burmistrz nakazał doprowadzić domki do stanu pierwotnego. Wtedy będą mogli w nich pozostać do czasu uchwalenia planu zagospodarowania. Do końca stycznia wszyscy z Jazdowa mają złozyć podania o mieszkania zamienne. Ci, którzy domków nie doprowadzą do stanu pierwotnego i nie złożą podań, będą musieli się natychmiast wyprowadzić. Mało tego, za trzy lata wstecz zostaną im naliczone opłaty za dobudowane części domków i opłaty dzierżawne za użytkowanie ogrodów.

Sensu w tym nie widzę żadnego. Jeśli domki mają być zburzone, to po co narażać ludzi na koszty związane z demolowaniem obecnego stanu. Jeśli zaś mają być jeszcze przez jakiś czas użytkowane to czy nie lepiej podnieść użytkownikom czynsze, doliczyć metraże dobudowanych werand i opłaty dzierżawne za ogródki? A może chodzi o to, żeby z przywróconych do prymitywnego stanu domów wyrzucić lokatorów pod pretekstem warunków nie licujacych z XXI wiekiem? pokaż powiększenie

Urzędnicy miejscy czasami tak się zachowują, jakby po nich miał nastąpić koniec świata. Nie sięgają myślą w przód, granicą jest z reguły koniec kadencji. Domki są unikatem, osiedle jest pięknie urządzone bez nakładów finansowych miasta. Teren jest komunalny, domki też. Nowe prawo lokalowe daje możliwość nie przedłużania umowy najmu z rodziną głównego najemcy po jego śmierci. Przecież te domki bedzie można w przyszłosci odzyskać i na coś przeznaczyć. Choćby na oryginalne hoteliki. Na pewno wielu turystów wolałoby tu nocować niż gnieździć się w molochu hotelowym w centrum miasta. Ale pan burmistrz tak daleko myślą nie sięga, bo on już wtedy prawdopodobnie burmistrzem nie będzie.

Dziwi mnie zachowanie konserwatora zabytków, zresztą nie pierwszy raz. Mam nadzieję, że plan zagospodarowania przestrzennego ocali osiedle.

wtorek, 08 listopada 2011
Remont "Zodiaku"

warszawa

Rozpoczął się w Pasażu Wiecha gruntowny remont budynku, w którym niegdyś był bar „Zodiak” a obecnie znajduje się KFC i Pizza Hut.

Zostaną przebudowane wnętrza i będzie powiększony wewnętrzny dziedziniec. Znikną wszystkie przyklejone do pawilonu budki. Remont jest przeprowadzany wg projektu pracowni architektonicznej Sweco Architekci. Nazywa się to szumnie i bardzo na wyrost przywracaniem do stanu sprzed 1993 roku. Tamtego wyglądu już się nie przywróci.

Pawilon jest całkowicie zdewastowany. Nic nie zostało po dawnej kawiarni „Zodiak” oprócz wysmarowanej przez wandali mozaiki na fasadzie. Obok schodów do kawiarni był basen z fontanną. Teraz zamiast basenu są ławki a po schodach zostało wspomnienie. Ma wrócić neon „Zodiak”, ale nie główny wielki sprzed wejścia ze znakami zodiaku, tylko mały boczny.

Pawilon powstał w latach 60-tych razem z wieżowcami Ściany Wschodniej. Kompleks kawiarniano – restauracyjny był bardzo popularny. W czasach peerelowskich pasaż tętnił życiem a z nim i „Zodiak”. Widać to na dawnych fotografiach. Przez pasaż przewalały się tłumy warszawiaków i przyjezdnych. Kameralny, z pergolami, kwietnikami i ławkami zapraszał.

Niestety, z czasem został zaniedbany. Oblegany przez rozmaitych meneli, ćpunów, pijaków, wróżki cygańskie zdegradował się. Kwietniki zamieniły się w klepiska zaśmiecone petami, płyty chodnikowe pozapadały się i połamały. A wśród tego wszystkiego walały się rozmaite śmieci. Przechodził przez pasaż tylko ten co musiał. pokaż powiększenie

Zapowiedź remontu pasażu witałam z nadzieją i pierwsze moje wrażenia były pozytywne, bo wreszcie było czysto a szemrane towarzystwo wyniosło się. Szybko zdanie zmieniłam. Remont nie wyszedł temu miejscu na dobre. Z przytulnego zamienił się w pusty wygwizdów, bez zieleni za to z latarniami wysokimi do nieba. Poprzednio pergole jakby odgradzały od wieżowców, bo zatrzymywały wzrok. Teraz one dominują. Wszystko jest wielkie, wysokie, zimne. Dla człowieka nie ma tutaj miejsca. Właściwie remont powinno się zrobić jeszcze raz, przywrócić ludzką skalę.

Nowy wygląd „Zodiaku” tego miejsca nie zmieni na bardziej przyjazne.

czwartek, 25 sierpnia 2011
Grand Hotel

warszawa

Podczas porządkowania starego kredensu u rodziny znalazłam "Trybunę Mazowiecką" z 27 marca 1958 roku. Gazeta zżółkła ze starości, na zgięciach się mocno przyciemniła, ale jest cała i czytelna. Pewnie dlatego, że służyła do wyłożenia szuflady. Ponad pół wieku temu gazety były drukowane bardzo dobra farbą.

"Trybuna" z 27 marca 1958 roku informuje, że wkrótce zostanie oddany do do użytku hotel przy Kruczej.

"Grand" był jednym z pierwszych hoteli warszawskich, zaprojektowany jeszcze w epoce socrealizmu. Został wybudowany dla licznych delegacji z całej Polski przyjeżdzających do ministerstw. Jego uruchomienie bardzo ożywiło ulicę Kruczą, zamienioną po wojnie w ulicę ministerstw, centralnych zarządów i rozmaitych instytucji. Póżnym popołudniem Krucza pustoszała. Czasami tylko przemykał jakiś zapóźniony przechodzień. Nie było jeszcze domów mieszkalnych, poza kilkoma ocalałymi wśród ruin kamienicami.

I nagle na tej kamiennej pustyni miał się pojawić elegancki, rozświetlony hotel z odlotowym, pofałdowanym daszkiem.

Tuż przed otwarciem "Trybuna" pisała z entuzjazmem:
Jedenaście pięter wysokości, 92.000 metrów sześc. - kolos! Na dachu lotnisko dla helikopterów. Kawiarnia na 11 piętrze z całą panoramą Warszawy na dłoni. Na parterze również kawiarnia, sale restauracyjne, dancing z występami artystów zagranicznych, coctail bar, aperitif.
Ponad 600 miejsc sypialnych. W każdym pokoju telefon, radio i łazienka. Poza tym 21 cudnych apartamentów z telewizorami.
Do dyspozycji gości samochody a nawet basem pływacki.
A jedzenie? Ślinkę łykać. Najlepsi kuchmistrze będą przygotowywać frykasy dla najwybredniejszego podniebienia. Oprócz kuchni i garmażerni będzie pracownia cukiernicza, piekarnia i wytwórnia wód gazowych.

pokaż powiększenie

Kelnerzy szkolili się w "Bristolu". Zostali nimi zwolnieni z administracji pracownicy. Podobno tak dobrze się tam sprawowali, że zachwyceni goście obdarowywali ich upominkami i to cenniejszymi jak na tamte czasy. "Trybuna" pisze, że jeden z kelnerow dostał zegarek na rękę, inny eleganckie wieczne pióro.

Hotel został zaprojektowany przez Stanisława Bińkuńskiego, jako głównego projektanta i Stanisława Rychłowskiego. Projekt powstał w roku 1954, zaś realizacja nastąpiła w latach 1954 - 1959. Płaskorzeźby wewnątrz, w holu i kawiarni, wykonał Jan Ślusarczyk.

Obecnie po kilkuletnim remoncie hotel zmienił nazwę na dziwaczną "Mercure Grand Warszawa". Remont zaczął jeszcze Orbis a dokończyła sieć Accor, do której należą hotele z linii Mercury. Pierwsze pokoje zostały oddane dla gości w 2008 roku. Pierwotnie Grand miał 416 pokoi. W czasie remotu część połączono. Obecnie jest ich 299.

Pamiętam dawne czasy, gdy bywanie w restauracji w Grandzie i kawiarni należało do dobrego tonu. Dobre ciastka były tam, sprzedawane również w cukierence po drugiej stronie Kruczej:-)

W czasie gdy budowano Grand, Warszawa nie miała jeszcze zbyt wielu hoteli. Warszawski Kalendarz Ilustrowany "Stolicy" z roku 1959 podaje zaledwie kilkanaście miejskich, niektóre z nich już nie istnieją obecnie. Do "Orbisu" należało 10: "Polonia" - 678 łóżek, "MDM" - 221 łóżek, "Warszawa" - 391, "Syrena" przy Górczewskiej - 285 łóżek i 6 hoteli połączonych w dwa przedsiębiorstwa. Jeden to zespół "Saski" z 232 łóżkami i trzema hotelami: "Saski" Żabia 9, "Mazowiecki" Rutkowskiego 18 i "Terminus" Rutkowskiego 28. Drugi zespół grupował hotele praskie i miał 221 łóżek w hotelach: "Praga" Stalowa 73, "Wschodni" Targowa 26 i hotel "Mały". W 1959 roku przewidywano otwarcie hotelu "Praga" przy Dąbrowszczaków z 259 łóżkami a dotychczasowe hotele praskie zamierzano zlikwidować. pokaż powiększenie

Hotele były podzielone na dwie kategorie. Do pierwszej kategorii należały trzy hotele: "Polonia", "MDM" i "Warszawa". Do drugiej wszystkie pozostałe. W II kategorii ceny były następujące: pokój 1-osobowy z łazienką - 40 zł, bez łazienki - 32 zł; dwuosobowy - 60 i 48 zł; pokój wieloosobowy - 18 zł. W "Polonii" 1-osobowy z łazienka - 70 zł, bez łazienki 55 i 60 zł; 2-osobowy: 150 - 160 i 100 - 120 - 140. W "Warszawie": 1-osobowy z łazienką - 90 i 100 zł, bez łazienki - 65 i 75 zł; 2-osobowy z łazienką 136, 150, 160 a bez łazienki 115 i 125. W hotelu "MDM" pokój 1-osobowy z łazienką kosztował 90 zł, bez - 60 i 70 zł; 2-osobowy - 140 i 160 zł a bez łazienki 100 i 120 zł. We wszytskich hotelach I kategorii łózko w wieloosobowym pokoju z łazienką - 35 zł, bez - 30. Apartament w hotelu "MDM" kosztował 220 zł, w pozostałych hotelach - 200.

Hotel "Europejski" był w tym czasie przebudowywany.

sobota, 18 czerwca 2011
"Morderstwo w alei Róż"

warszawa




"Nic, poza brzydkimi kratami w oknach i na fioletowo pomalowanymi oknami, nie sygnalizowało nielicznym przechodniom, jakim celom obecnie służy elegancka niegdys rezydencja na skraju parku Morskie Oko. Żadna też tabliczka nie anonsowala prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej, który oficjalnie znajdował się przy ulicy Oczki. W istocie zakład przy ulicy Dworkowej miał charakter tajny. Władze bezpieczenstwa stworzyły go nie tylko dla swej wygody (było stąd blisko do Komendy Głównej, ale też do wznoszonych od niedawna przy Rakowieckiej gmachów Ministerstwa Bezpieczeństwa), lecz także w celu uniknięcia zbytecznych konfrontacji zarówno ze studentami jak i z bliskimi ofiar".
Fragment książki




Pod koniec ubiegłego roku ukazał się świetny kryminał w stylu retro "Morderstwo w alei Róż" Tadeusza Cegielskiego. Akcja toczy się w Warszawie w 1954 roku tuż przed Wielkanocą. Autor książki jest profesorem historii na Uniwersytecie Warszawskim, zadbał więc o realizm szczegółów. Jest świetnie oddany klimat powojennej, odbudowującej się Warszawy.

Akcja toczy się wokół morderstwa. Ofiarą jest zamordowany w tajemniczych okolicznościach we własnym mieszkaniu przy Alei Róż sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR - Bogusław Szczapa. Przy tej ulicy w ocalałych z powstania kamienicach zamieszkiwali wówczas partyjni notable. Śledztwo prowadzi kapitan MO Ryszard Wirski, przedwojenny komisarz Policji Państwowej, mieszkający przy ulicy Flory3 we własnej, przedwojennej, rodzinnej kamienicy. Oczywiście tylko w części dawnego mieszkania. Pozostałe pokoje łącznie z suterenami zasiedlili lokatorzy kwaterunkowi a sam budynek przeszedł na własność wojska.

Ciekawy jest obraz Warszawy połowy lat pięćdziesiątych. Był to okres oddania do użytku kina "Moskwa", przymiarek do budowy metra, budowy Pałacu Kultury, komunikacji zapewnianej przez trolejbusy. I też okres likwidowania reliktów przedwojennej Warszawy.

Nie wiem, czy książkę można jeszcze gdzieś kupić ale polecam. Nieczęsto się zdarzają powieści z Warszawą w tle.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8