Zakładki:
......
.......
........
.........
Dekret warszawski
E-varsaviana
Fotoblogi i blogi warszawskie
Informatory
Komunikacja warszawska
Różne
Warszawa
Warszawa - z obiektywu forumowiczów
Warszawa przedwojenna
Warszawa wojenna
Wycieczki po Warszawie z przewodnikami
Żydzi Warszawy

blogi










site statistics


czwartek, 26 maja 2005
Nadchodzi epoka tramwajów

Od 1800 roku miejską komunikacje publiczną stanowiły w Warszawie dyliżanse. W 1822 roku na ulice Warszawy wyjechał pierwszy konny omnibus. Służył on do komunikacji podmiejskiej. Śmiesznie trochę brzmi ale te podmiejskie okolice to były Bielany, Młociny, Marymont i Łazienki. Początkowo omnibusy kursowały tylko w święta i na zamówienie. Po jakimś czasie zaczęły jeździć codziennie i zmieniły wówczas nazwę na żurnaliery.

Pierwszy miejski omnibus pojawił się w roku 1836, jeżdżąc na trasie Plac Saski – Królikarnia. Po ośmiu latach powstała linia omnibusowa od pałacu Mostowskich aż do Marszałkowskiej. Gdy Warszawa miała już dwa dworce kolejowe, zaistniała konieczność zapewnienia między nimi lepszego i szybszego połączenia.

W 1865 roku Rada Administracji Królestwa polskiego dała zezwolenie na budowę pierwszej warszawskiej miejskiej linii szynowej. Po roku budowy oddano do użytku miejską „żelazną drogę konną” na trasie o długości 6.2 km (razem z mijankami, bo linia była jednotorowa) od Dworca Wiedeńskiego do Petersburskiego (obecny Wileński) i także powstającego wówczas Dworca Terespolskiego (obecny Wschodni). Trasa tramwaju międzydworcowego prowadziła ulicami Marszałkowską – Królewską – Krakowskim Przedmieściem – Placem Zamkowym – mostem Kierbedzia, wybudowanym 1864 roku, do Targowej. Miała ona trzy odgałęzienia: ulicą Wileńską do Dworca Petersburskiego, Targową i Kijowską do Dworca Terespolskiego, i Królewską do Placu Grzybowskiego. Istniała też bocznica w kierunku Wisły do przystani, gdzie przybijały parowce z towarami. Tramwaje nazywano popularnie ropuchami, mieściły trzydziestu kilku podróżnych, łącznie z tymi, którzy siedzieli na dachu. pokaż powiększenie

Pod koniec lat 70-tych zaczęto mysleć o rozwoju komunikacji tramwajowej konnej na większym obszarze miasta. Ogłoszony przetarg wygrali Belgowie i ostro zabrali się do modernizacji starej sieci i budowania nowej. Szybko powstały dwie remizy tramwajowe a na Mokotowie dodatkowo w pobliżu wlotu obecnej Goworka oprócz zajezdni była również lecznica dla koni. Po trzech latach długość torów tramwajowych wynosiła 21.5 km a kursowało 150 wozów na 11 liniach. Linie, prawdopodobnie ze względu na duży analfabetyzm wśród warszawiaków, były oznaczane kolorami, w nocy paliły się kolorowe lampy. Nowe wagony, zwane belgijkami, były lżejsze od poprzednich i miały dwie klasy, pierwszą z miękkimi siedzeniami i drugą z twardymi. Dziennie przewożono w 1899 roku około 30 tys. osób.
pokaż powiększenie

Przy szybko rozrastającym się mieście tramwaje konne, poruszające się z prędkością 7 km/godz. stały się niewystarczające i miasto zaczęło myśleć o wprowadzeniu tramwajów elektrycznych, znanych już w innych miastach Polski. Pierwsza próbę elektryfikacji podjęto w 1903 roku.

26 marca 1908 roku odbyło się bardzo uroczyste otwarcie pierwszej elektrycznej linii tramwajowej, z mszą i procesją z Nowego Miasta. Radość warszawiaków była ogromna, tym bardziej, że oddanie linii do użytku kilkakrotnie przekładano. Nie dotrzymywanie terminów to nie nasz wynalazek. :-) Na trasie gromadziły się tysiące mieszkańców w celu podziwiania. Pierwsza linia biegła od Placu Krasińskich do Placu Unii Lubelskiej ulicami: Miodową, Krakowskim Przedmieściem, Królewską i Marszałkowską. Tramwaj miał numer „3” i przemierzał trasę w ciągu 25 minut. Wagony miały kolor czerwono – żółty, dwie klasy i zabierały 40 pasażerów. Jednocześnie pielęgnowano tramwaje konne. W pewnym okresie przedsiębiorstwo Tramwaje Warszawskie miały sławę jednego z najlepiej zarządzanych przedsiębiorstw komunikacyjnych na świecie. Niestety, potem zaczęły się przepychanki między magistratem a tramwajami i dobra passa się skończyła. Nic nowego...

Karolina Beylin w swojej książce pisze, że z okazji tego wydarzenie po Warszawie krążyły różne dowcipy. Autorem jednego z nich był dyrektor tramwajów elektrycznych. Powiedział, że przynajmniej dyrekcja nie będzie już otrzymywac takich raportów jak ten, napisany przez jednego z konduktorów: pokaż powiększenie "Donoszę wielmożnemu Dyrektorowi, jako przy rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej z powodu rozbrykania się pasażerowie poszli piechotą. Co się tyczy konia, który z uporem wierzgał, zaprząg uszkadzając, tenże był wyprzęgnięty i zamieniony przez konia przeciwnego. Którego to powodu wymyślano na mnie i na Wielmożną Dyrekcję."

W okresie międzywojennym linie tramwajowe intensywnie się rozwijały, wprowadzono tramwaje nocne. Przez skrzyżowanie Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi przejeżdało 60 tramwajów na godzinę, a na Krakowksim Przedmieściu w godzinach szczytu natężenie ruchu było jeszcze większe. Tempo prac przy prowadzeniu nowych linii oszołamia nawet dziś. Na Rakowieckiej 1340 metrów torów zbudowano zaledwie w 67 dni. W latach 30-tych wprowadzono podświetlane słupki tramwajowe z reklamami takie jak ten z Krakowskiego Przedmieścia. Podobne istniały po wojnie i nagle zniknęły. Na samych przystankach pojawiły się słupki z literą "T". Od 1934 roku w wagonach doczepianych wolno było przewozić psy. Pasażerowie wsiadali tylnymi drzwiami, wysiadali przednimi. Planowano zbudować linie tramwajowe do Ząbek, Zielonki i Wawra, do którego już było nawet wyprofilowane torowisko i stała częśc słupów trakcyjnych. Ambitne zamierzenia niestety przerwała wojna. Komunikacja warszawska była trzecią po poczcie i kolei miejską instytucją, która działała wzorowo. Bajka...

Latem przy ładnej pogodzie na trasach prowadzących przez most Poniatowskiego doczepiano do tramwajów na trzeciego letnie wagony. Bardzo popularna była wtedy jazda na przedniej platformie odkrytej. Właśnie taka, z powiewem wiatru i zapchem bzów została uwieczniona w wierszu Juliana Tuwima
pokaż powiększenie A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju! - -
Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Na zdjęciu jest tramwaj przejeżdzający przez plac Za Żelazną Bramą obok pałacu Lubomirskich i kramów.

czwartek, 19 maja 2005
Plac Żelaznej Bramy

Najpierw była jurydyka Wielopole, założona przez siostrę królowej Marysieńki, wdowę po kanclerzu wielkim koronnym, Janie Wielopolskim. Wielopole było prawdopodobnie projektowane przez Tylmana z Gameren. Jurydyka, jak na miasteczko przystało, miała duży plac targowy, zwany Targowicą Wielopolską. Wraz z sąsiednim placem Mirowskim i uliczkami miała się stać w przyszłości największym warszawskim targowiskiem.

Wielopole było biedną mieściną, ale wśród ubogiej zabudowy znajdowały się też dworki i pałace, między innymi zachowany do dziś pałac Lubomirskich, pierwotnie własność Radziwiłłów. Nie wiadomo, kiedy został zbudowany, w każdym bądź razie jest już na planach z 1712 roku. Budowa pałacu bardzo odmieniła to miejsce, będace początkowo ogromnym bagnistym terenem z licznymi kramami.

Na Wielopolu w 1759 roku powstała pierwsza warszawska kawiarnia, założona przez królewskiego dworzanina. Pod koniec stulecia wytworzyło się tutaj duże skupisko ludności żydowskiej. pokaż powiększenie

W czasach Augusta II Sasa otworzyły się przed Wielopolem ogromne szanse. Król miał wielkie zamierzenia urbanistyczne – Wielopole miało się stać zachodnią częścia Osi Saskiej. W tym celu wyburzono drewniane domki i dworki. Pałac Lubomirskich, jako stojący ukośnie do założonej osi, miał zostać wywłaszczony i rozebrany. Zapewne ze względów finansowych nic z tego nie wyszło jak również z budowy drugiego placu, mającego być w połowie drogi między Pałacem Lubomirskich a zachodnią częścią Ogrodu Saskiego. Zaprojektowano i wybudowano 6 budynków koszar Gwardii Konnej Koronnej przy środkowej drodze zakładanej Osi Saskiej. Pozostałością są dwa budynki przy Chłodnej, gdzie mieści się straż pożarna. W planach były też 4 budynki rezydencje i prawdopodobnie budowa nowego pałacu królewskiego. Jak wiadomo, budowa Osi Saskiej nie została zrealizowana.

Ogród Saski od południa i zachodu został otoczony ceglanym murem z kilkoma bastionami. Główna oś na zachodniej granicy ogrodu została zamknięta żelazną, ażurową bramą, zaś po bokach stały dwa obronne bastiony. Plac zmienił nazwę z Targowicy Wielopolskiej na plac Żelaznej Bramy i z powrotem stał się rynkiem miasteczka. Opis tej bramy jest podany przez E. Charazińską w książce „Ogród Saski”. pokaż powiększenie

Nazwa Żelaznej Bramy wywodzi się od materiału, w jakim została wykonana część ruchoma, stanowiąca właściwą bramę. Była to krata o ornamencie geometrycznym w partii dolnej, na wysokosci jednej trzeciej przechodzaca w pręty - lance, zakonczone trójkątnymi ostrzami. Umocowana była w kamiennej architektonicznej konstrukcji. Ozdobiona została przez rzeźbiarsko rozwiązane emblematy władzy monarszej. Po jednej stronie kartusze wypełniały herby Polski i Litwy, zwieńczone królewska koroną, a po drugiej herby dynastii Wettinów z elektorskim kapeluszem.

Ulice, które powstały przy okazji prac na Osią Saską, powoli zaczęto zabudowywać parterowymi domkami. Jak wówczas plac wyglądał, widać na obrazie Canaletta.

Przez wiele lat plac prawie nie zmieniał swego wyglądu. Dopiero J. Kubicki na początku XIX wieku wprowadził radykalne zmiany, między innymi zrobił nowe ogrodzenie placu (od strony Ogrodu Saskiego) z metalowych sztachet i wybudował nową bramę a właściwie furtę na miejsce rozebranej poprzedniej.

W 1841 roku powstał w okolicy dzisiejszej ulicy Granicznej budynek hali targowej tzw. Gościnny Dwór, zwany potem Wielopolem. Był bardzo charakterystyczny, murowany, okolony podcieniami i wykonany z modnego wtedy materiału czyli żeliwa. Miał kształt trójkąta równoramiennego z mocno zaokrąglonymi rogami. Obwód jego wynosił 280 metrów. Otoczony był arkadami na cienkich słupkach. Zniszczony został w czasie oblężenia Warszawy w 1939 roku. Hitlerowcy zarekwirowali metalowe elementy jako złom. pokaż powiększenie

Pod koniec XIX wieku nie istniały już 4 budynki Gwardii Konnej Koronnej a na ich miejscu powstał nowy plac, zwany Mirowskim. W latach 1899 – 1901 na placu Mirowskim na miejscu po koszarach Gwardii Konnej Koronnej zbudowano dwie hale targowe. Do roku 1939 już nic więcej w tym miejscu się nie zmieniło. Do samej wojny Plac Żelaznej Bramy był miejscem niezwykle popularnym z ogromnym natężeniem ruchu. Jeżdził prawie że między straganami tramwaj.

Nieco inny charakter miał plac w pobliżu Ogrodu Saskiego. Nie było tu kramów. Handel toczył się w sklepach, mieszczących się w kamienicach. Ceny były tu wyższe i towar lepszy gatunkowo niż w sasiednim Wielopolu. Dla potrzeb kupców powstało w tym miejscu sporo małych banków, udzielajacych kredytów.

Jest ciekawy opis Placu Za Żelazna Bramą autorstwa J. Galewskiego z końca XIX wieku. Gdy wiek się kończył, Galewski miał 18 lat.

Tuż przy wyjściu z Ogrodu Saskiego za Żelazną Bramą był targ i ruch od rana do nocy. Stały tam słupki żelazne połączone poręczami, odgradzające stoiska z różnymi produktami. Gdy przyszły święta, takie jak Boże Narodzenie lub Wielkanoc, to istne tłumy z całej Warszawy zbiegały sie tu po zakupy. Tu był największy i najtańszy wybór wszelkich wiktuałów. Istniały także targi na Starym Miescie, na Mariensztacie i Ordynackiem, ale prym przez całe lata trzymała Żelazna Brama. Był to prawdziwy żołądek Warszawy.

Dalej znowu targ, a w końcu, po lewej, na ulicy Gnojnej, tak zwany "Gościnny Dwór". Cały z żelaza, półowalny, wokoło galeria, a w niej sklep przy sklepie: obuwie, przyrządy szewskie albo kapelusze damskie. Ruch cały rok. Wewnątrz znów handel, naprzeciwko to samo. Wszędzie handel, ruch od rana do nocy. Poza tym brud, smród, tłok, brak higieny, porządku, organizacji. Byle interes szedł. pokaż powiększenie

Aż do Chłodnej ciągnął się pusty plac zwany Mirowskim. O budowie hali wtedy jeszcze nie myślano, wystarczała Żelazna Brama. Na placu sterty kamieni, piasku, siedliko mętów i szumowin. Wokoło rózne szynki, restauracyjki, gdzie oblewano i zapijano różne legalne i nielegalne transakcje handlowe.

Na mapce obok jest zaznaczony stan sprzed 1939 roku wg Jerzego Kasprzyckiego.

niedziela, 15 maja 2005
Dorożki

W pierwszej połowie XIX wieku głównym środkiem komunikacji w Warszawie były dorożki. Nie było jeszcze nawet omnibusów konnych. Dorożki miały, podobnie jak dzisiejsze taksówki, swoje postoje.

Przewodnik warszawski z 1857 roku podaje:

Główniejsze stacye dla dorożek są następujące: 1) około pomnika króla Zygmunta; 2) przed domem Towarzystwa Dobroczynności; 3) przed statuą Kopernika; 4) przed kościołem Św. Alexandra; 5) przy ul. Królewskiej przed Saskim placem; 6) na Grzybowie; 7) za Żelazną Bramą; 8) przed rogatkami Wolskiemi; 9) przed koszarami Mirowskiemi, przy ulicy Chłodnej; 10) na Tłomackiem; 11) przed pałacem Kom. Rząd. Spraw Wewn. i Duch.; 12) na Nalewkach, przy ulicy Franciszkańskiej; 13) na rynku Starego - Miasta; 14) w rynku Nowego - Miasta; 15) na placu przed jatkami Podwalskiemi; 16) na placu Krasińskich; 17) przed Bankiem; 18) przed Wielkim Teatrem.

Dalej sa informacje, jakie warunki musi spełniac dorożkarz i jego pojazd i jakie obowiązują opłaty.

Każda dorożka oznaczona jest numerem zewnątrz na pudle, tudzież na obu stronach koziołka odmalowanym. Nadto każdy powożący nosi na kołnierzu z tyłu zawieszoną blachę, z takim samym numerem, jaki jest na dorożce: w razie zatem kwestyi, łatwo każdą rozpoznać można. Tymczasowa z powodu drozyzny opłata za jazdę w obrębie miasta od jednego kursu kop. 20 (złp. 1 gr. 10). Kurs najodleglejszy od stacyi przed Teatrem, do którychkolwiek rogatek. Za godzine jazdy kop. 45 (złp. 3); jeżeli kto więcej nad jedna godzine jeździł, płaci za każdą po kop. 30. Opłata ta obowiązuje od godz. ósmej rano do 11 w nocy; po tej zaś godzinie, dorożki przez całą noc płacą się za godzinę jazdy po kop. 50 (złp. 3 gr. 10), a za następne godziny po kop. 35 (złp. 2 gr. 10). Taxa powyższa ustanowiona jest za jazdę po mieście, za rogatkami zaś opłata zależy od osobnej ugody.

Pierwsze dorożki były jednokonne, potem parokonne. Następnie wprowadzono dorożki z kołami na gumach i liczniki.

Po II wojnie światowej najstarszym warszawskim dorożkarzem był pan Paluszek. Zawsze czekał na postoju przy rogu Ordynackiej i Okólnika. Czekał nawet w tym czasie, gdy wokół były jeszcze ruiny a życie ledwo sie tliło.

Dorożkarzem był od 1896 roku, kiedy nikomu nawet nie śniło się o tramwajach konnych. Chętnie wspominał stare dobre czasy, gdy cały lud warszawski walił w Zielone Świątki na Bielany dorożkami, a jedyną konkurencją były statki na Wiśle.

Pan Paluszek był dryndziarzem z krwi i kości, nie mógł pogodzić się z nadejściem epoki samochodów, przez które dorożkarstwo powoli odchodziło do przeszłości. Do ostatnich lat swego życia wspominał dawne lata, naznaczone stukotem kopyt końskich na bruku, czasy rozkwitu dorożek, knajp dorożkarskich i koleżeńskiego częstowania konia gorzałką. Dorożkarzem był 60 lat.

wtorek, 10 maja 2005
Drzewo Pawiaka

Wraca na miejsce uschniętego wiązu limaka odlew z brązu, wykonany w Gliwicach. Był on jedynym świadectwem istnienia Pawiaka oprócz fragmentu bramy. Więzienie zostało wysadzone w powietrze przez Niemców w 1944 roku.

- Krystyna Brzestowska, przewodnicząca klubu byłych więźniów politycznych Pawiaka, dobrze pamięta wiąz, który rósł na placu przed Pawiakiem w 1943 roku. - Wtedy było to małe drzewko. Patrzyliśmy na nie i dawało nam nadzieję – mówi pani Krystyna, która dwukrotnie przebywała na Pawiaku podczas II wojny światowej. - Po wojnie do drzewa zaczęto przypinać tabliczki z nazwiskami ofiar więzienia. (ŻW)

Drzewo chorowało na holenderską chorobę wiązów - grafiozę - i w 1984 r. obumarło. Dzięki konserwatorom zieleni stało jeszcze 20 lat. Kiedy uschło dyrekcja muzeum zdecydowała się na zrobienie odlewu z brązu.

Wiąz do transportu do odlewni został specjalnie przygotowany. Pocięto go na 74 części, każdą pieczołowicie owijając, aby nie uległa uszkodzeniu. Drzewo było ogromne, miało 12.5 metra wysokości i rozpiętośc korony od czterech do pięciu metrów. Odlew jest tak podobny do oryginału, że niemal nie widać różnicy. Są zachowane sęki, pęknięcia, a nawet ślady po gwoździach. Odlewnia gliwicka włożyła w to ogromne umiejętności i mnóstwo serca. Odlew drzewa przez odjazdem do Warszawy został uroczyście pożegnany.

Już rozpoczął się montaż na postumencie zrobionym w miejscu, gdzie poprzednio stało drzewo żywe. Tabliczki z nazwiskami zamordowanych i zmarłych więźniów wrócą na swoje miejsce, zamontowane na specjalnej siatce.

Pawiak w czasie okupacji był więzieniem śledczym gestapo. Z trzech istniejących więzień warszawskich to zostało wybrane prawpododobnie dlatego, ze znajdowało się w centrum dzielnicy żydowskiej. Pawiak był prawdziwą fortecą. Niemcy mury otoczyli dodatkowo drutami kolczastymi i posterunkami Schultzpolizei getta, wyposażonymi w zwyżki, bunkry i otwory strzelnicze.

Więzienie było wybudowane w 1835 roku i składało się z szeregu budynków. Najważniejsze były dwa: budynek dla mężczyzn zwany Pawiakiem i drugi dla kobiet, zwany Serbią. Więzienie leżało w czworoboku ulic: od południa Dzielnej, od północy Pawiej, od wschodu Więziennej a od zachodu sąsiadowało z oficynami Dzielnej a dalej ze Smoczą. Wejście było od ulicy Dzielnej.

W czasie działań wojennych 1939 roku Pawiak był zniszczony przez pociski, dlatego w początkowym okresie okupacji mężczyzn nie lokowano w więzieniu męskim lecz na Serbii.

Więzienie męskie Pawiak było ogromnym szarym dwupiętrowym budynkiem o długości około 150 metrów i szerokości okolo 15. Przed wojną był obliczony na około 700 więźniów. W czasie okupacji maksymalnie przebywało tu 2750 osób.

W suterenach znajdowały się najgorsze oddziały Pawiaka, wilgotne, mroczne, zapluskwione. Oddział VII, przejściowy, służył za kwarantannę, gdzie nowi więźniowie byli trzymani dwa tygodnie. Nie było tu nawet sienników ani słomy do spania. Więźniowie spali na kamiennych posadzkach. W oddziale VIII były cele dla nowo przybyłych, cele żydowskie, cele śmierci, dla chorych wenerycznie i trupiarnia.

Więzienie kobiece Serbia było dużo mniejsze od Pawiaka i miało podwórko, na którym, jako dowód wielkiej łaski wachmajstrów, odbywały się spacery kobiet pod nadzorem straży i gestapo.

Na zdjęciu obok widać odlew wiązu. Można jego doskonałość porównać z oryginałem na fotografiach. Fragmenty uschniętego drzewa zostaną umieszczone na terenie Muzeum jako coś w rodzaju relikwi.

środa, 04 maja 2005
Dekret Bieruta wiecznie żywy

A w Warszawie wrze. W dalszym ciągu ma moc prawną tzw. dekret warszawski z 1945 roku, na mocy którego ekipa Kaczyńskiego chce pozbawić warszawiaków ich mienia, często posiadanego od pokoleń.

Gdy dekret Bieruta wszedł w życie, objął grunty całej Warszawy, zarówno centrum jak i peryferia, i to czasami bardzo odległe. Różnica była w realnych decyzjach władzy. W Śródmieściu, na Mokotowie, Ochocie warszawiacy potracili często zarówno działki jak i budynki, które na nich stały. Na peryferiach było inaczej, mieszkańcy stracili prawo własności działek, na domki ich jednak nich się nie połaszczył i tak sobie spokojnie mieszkali aż do ubiegłego miesiąca. Teraz ratusz chce tych ludzi zmusić do wzięcia tego, co im przed półwieczem ukradziono, w dzierżawę od miasta. Opornym grozi się eksmisją na bruk. Skąd nagle taka ruchliwość urzędników? Ano stąd, że obecnie w myśl obowiązujących przepisów mieszkańcy mogliby się starać o nabycie własności przez zasiedzenie. Czyli mogliby się wypiąć na efekty dekretu warszawskiego. Podpisanie umowy o dzierżawę uniemożliwiłoby im staranie się o prawa wynikające z zasiedzenia.

Po 1989 roku można było składać wnioski o zwrot nieruchomości. Nie wszyscy to zrobili i właśnie tym opieszałym miasto grozi eksmisją. Ale ci, którzy składali dokumenty, też odzyskali swoje mienie w niewielkim procencie.

W myśl dekretu wszystkie grunty, znajdujące się w granicach z 1939 roku przechodziły na własność gminy, zaś budynki znajdujące się na nich miały pozostać własnością dotychczasowych właścicieli. W miejsce własności gruntów dekret przewidywał wieczystą dzierżawę albo odszkodowanie w miejskich papierach wartościowych. Na blisko 24330 budynków i 40 tys. prywatnych parceli miasto miało zaledwie 853 nieruchomości, do których zaliczano nawet publiczne szalety i grunty niezabudowane. To daje pojęcie o skali przymusowego wywłaszczenia.

Dekret spotkał się z powszechną krytyką, szczególnie ze strony legalnej opozycji. Mówiono, że odbudowa i przebudowa Warszawy nie wymaga wywłaszczenia wszystkich. Zwracano uwagę na to, że nowe dzielnice jak Mokotów czy Saska Kępa nie ucierpiały bardzo, więc nie ma potrzeby wywłaszczania, ponieważ tam nie będzie wielkiej odbudowy i rozbudowy. Podkreślano, że dekret jest istotnym naruszeniem konstytucyjnego prawa własności. Przewidywano machlojki przy wprowadzaniu dekretu w życie ze względu na demoralizację społeczeństwa przez wojnę. Były głosy, że w takiej sytuacji nikomu prywatnemu nie będzie się chciało odbudowywać domu, bo jak budować na cudzej działce.

Ówczesna „Gazeta Ludowa” zwracała uwagę za zagadnienie moralne. Warszawa walczyła z Niemcami aż do końca. Została spalona i zburzona, mieszkańcy zostali wygnani, stracili cały dobytek, mieszkania, domy i teraz mieli być pozbawieni ostatniej własności, jaka im pozostała, czyli placów po zburzonych domach. I bardziej przez dekret są krzywdzeni ci, którzy stracili wszystko, bo ci bardziej ulgowo potraktowani przez los mieli przynajmniej domy i mieszkania. Gazeta uważała, że mieszkańcom należy pomagać, a nie ułatwiać sobie życie przy odbudowie kosztem ludzkiej krzywdy.

Dekret spowodował to, że w Warszawie ustał ruch budowlany. W związku z tym wyszedł następny dekret zmuszający właścicieli do remontów zniszczonych przez wojnę domów. Odnosił się do całej Polski, ale głównie był skierowany do Warszawy i warszawiaków. Jeśli właściciel zwlekał z odbudową lub remontem, robiły to odpowiednie służby na jego koszt. Do czasu spłacenia nalezności, dom taki stawał się własnością gminy. Notowano sporo nadużyć. Były przypadki, gdy właściciela zdrowego domu zmuszano do rozbiórki a następnie zabierano plac pod pozorem nie remontowania. Wiele osób nawet gdyby chciało, nie mogło natychmiast odbudować, bo zwyczajnie nie miało za co.

Dekret warszawski jest jeszcze jedną "przysługą" jaka BOS zrobił Warszawie. To Biuro niechętne wszelkiej własności prywatnej tak naciskało na wywłaszczenie, żeby móc radykalnie przebudowywać miasto. Wracającym mieszkańcom nawet go głowy nie przyszło, że ich wyniszczona i wymarzona bohaterska Warszawa stanie się obiektem eksperymentu architektoniczno - społecznego , wzorowanego na radzieckich doświadczeniach.