Zakładki:
......
.......
........
.........
Dekret warszawski
E-varsaviana
Fotoblogi i blogi warszawskie
Informatory
Komunikacja warszawska
Różne
Warszawa
Warszawa - z obiektywu forumowiczów
Warszawa przedwojenna
Warszawa wojenna
Wycieczki po Warszawie z przewodnikami
Żydzi Warszawy

blogi










site statistics


czwartek, 23 grudnia 2010
Wigilie warszawskie

warszawa A w polu nic oprócz zamieci, A w polu nic oprócz zamieci,
a w zamieci jeno gwiezdny pył,
a w tym polu szopa rozelśniona.
A w tej szopie ktoś ogień rozniecił,
ktoś był...
Byli srebrzyści anieli.
Przylecieli, poklękali...
skrzydłami zatrzepotali.
Coś na sianie ułożyli,
w blask się Czemuś pokłonili
i odlecieli...
Wrótni zawrzeć zapomnieli.
Blask się wylewa na śnieg...
Odlecieli gwiezdną drogą
nie zostawili nikogo,
ktoby Swiatłości strzegł...
A przed szopą śniegiem zawianą
wiatr położył się cicho u proga.
A w tej szopie - żłób i siano.
A na sianie - nic oprócz Boga...
J. Jaśniachówna "Kolęda"


Wigilia zawsze była poprzedzona wielkim kupowaniem, wielkim gotowaniem i wędrówką po niemiłosiernie zatłoczonych sklepach.

W pierwszej połowie XIX wieku eleganckie damy warszawskie tłoczyły się w cukierniach. Właśnie pokazała się nowość, ciasta na fermentach prasowanych. A fermenta owe, zwane drożdzami, można było nawet dostać na ulicy Trębackiej w sklepiku. Uchodziły od początku za bezpieczne, ponieważ przyszły z zagranicy. Cukiernie były oblężone do późnego wieczora, aż do kolacji.

A kolacja? Zasobna jak i teraz. Opisuje Janina Siwkowska:
"Drżące wzruszeniem ręce łamią cukrowe, glansowane, literami, widokami i kwiatami znaczone opłatki. Ze stołu znikają magicznym zda się trybem - polewka migdałowa, kluski z makiem, lin z kapustą, stokfisz po kapucyńsku, krążki z chrzanem... całe tedy 13 potraw, z kompotem ze śliwek, a dla amatorów i z jabłkami "w szlafrokach". Znikają słodkosci wszelakie, miodkiem rodzimym i pobratymczym węgrzynem popite".

Choinki przyozdobione złoconymi orzechami, piernikami, cukrowymi aniołami, budziły zachwyt dzieci. A pod choinką leżały niecierpliwie wyczekiwane prezenty. Czego tam nie było! Lalki od Tatarkiewiczów ze sklepu na rogu Bielańskiej i Senatorskiej. Lalki drewniane i zagraniczne w peruczkach do czesania. Ruchome zwierzaki ze sklepu Sommerfelda z Senatorskiej, latarnie czarnoksięskie, kalejdoskopy, rozmaite układanki z fabryki Mintera.

O północy, gdy zegar zamkowy zadzwonił a z nim dzwony kościelne, zaczynała sie pasterka.

Pod koniec XIX wieku żywnościowe zakupy przedświąteczne robiono przede wszystkim na placu Żelaznej Bramy. A prezenty? Pojawiły się kiermasze. Jeden z nich, organizowany przez Towarzystwo Dobroczynności, był w cyrku Staniewskich na Ordynackiej i trwał aż 13 dni. Sklepy na eleganckich ulicach: Krakowskim Przedmieściu, Senatorskiej, Trębackiej, Nowym Świecie, przyciągały wzrok. Do Warszawy dotarło oświetlenie gazowe i wiele wystaw jaśniało wieczorem. Czekoladki i cukierki kupowano u Wedla i Fruzińskiego w słynnym Złotym Ulu, pierniki u Wróblewskiego na Kapitulnej, wina głównie u Fukiera i Stępkowskiego na placu Teatralnym.

Smutne były Wigilie w czasie okupacji. Niemal w każdym domu opłakiwano poległych jesienią 1939 roku, wywiezionych do obozów koncentracyjnych, uwięzionych, pomordowanych i rozstrzelanych. Pojawiły się kolędy, nawiązujące do codzienności.

pokaż powiększenie O Mario, odłóż Dzień Narodzenia
Na inny czas,
Niechaj nie widzą oczy Stworzenia,
Jak gnębią nas.

Niechaj się rodzi syn najmilejszy
Wśród słodszych gwiazd
Ale nie u nas, wśród najsmutniejszem
Ze wszystkich miast.

Bo w naszem mieście, które pamiętasz,
Z dawniejszych dni,
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz,
Świeży od krwi.


pokaż powiększenie Bo nasze dzieci pod szrapnelami
Padły bez tchu.
O święta Mario, módl się za nami,
Lecz nie chodź tu.

A jeśli chcesz Go narodzić w cieniu
Warszawskich zgliszcz,
To lepiej zaraz po Narodzeniu
Rzuć Go na krzyż.
Stanisław Baliński "Kolęda warszawska"

Życzenia zaczynano sobie składać już przed południem w pracy, sklepach, tramwajach. Brzmiały niemal identycznie: abyśmy w przyszłym roku składali je sobie w wolnej Polsce.

Na ulicach, zupełnie inaczej niż przed wojną, ruch zamierał już wczesnym popołudniem. Każdy chciał dotrzeć na Wigilię jak najszybciej, jeszcze przed godziną policyjną. Kolacja wigilijna odbywała sie przy oknach szczelnie zasłoniętych czarnym papierem, obowiązywało zaciemnienie. Czasami trwała aż do rana, do końca godziny policyjnej, gdyż osoby zaproszone nie mogły wrócić do siebie.

Stół wigilijny miał często raczej symboliczne znaczenie. Niewiele można było kupić w sklepach do jedzenia, a to co było, często było bardzo drogie. Ceny karpia przekraczały możliwości wielu warszawskich rodzin. Pomysłowe gospodynie, jak wspominał Władysław Bartoszewski, robiły coś w rodzaju karpia z soi. Królowały placki kartoflane na oleju lub po prostu zwykłe kartofle z surową cebulą. Deser stanowiło chude ciasto z kartkową margaryną. Jajka często zastępowała dynia lub proszek jajeczny. Rolę maku w makowcu, bardzo drogiego, pełniła tarta marchew lub soja z aromatycznym olejkiem. Oczywiście były też i domy bogate, ale duża część mieszkańców ledwo wiązała koniec z końcem.

Pierwsze lata powojenne w Warszawie były ciężkie. Miasto było zrujnowane, ludzie gnieździli się w piwnicach, na strychach, komórkach, byle tylko mieć jakiś dach nad głową. Nie było chodników, ciągle zawalały się wypalone i zbombardowane kamienice. Znalazło to odbicie w życzeniach wigilijnych składanych warszawiakom przez felietonistę "Stolicy" w 1946 roku, który życzył:

"Przechodniom, by w czasie zawiei i wichur, które właśnie zaczęły ostatnio nawiedzać Warszawę, mieli dużo szczęścia. By sypiące się z trzęsionych wiatrem ruin cegły, gzymsy i plastry blachy skrupulatnie ich omijały, a gdy już się uprą, by ich rąbnąć w ciemię, uderzały ich niezbyt mocno.

Także życzę, by mieli więcej rozumu i gdy domy rozjątrzone wiatrem zaczynają swój taniec św. Wita, nie wychodzili na ulicę."

Dalej felietonista życzył aby przejścia dla pieszych były malowane lepszą farbą, bo obecna znika po jednym dniu i aby chodniki przestały udawać górskie percie.
pokaż powiększenie

W latach 60-tych szanująca się pani domu nie musiała ciężko pracować nad zapełnieniem wigilijnego stołu. Ciasta można było kupić w Warszawskich Zakładach Ciastkarskich. Wielkim powodzeniem cieszyły sie torciki "Camargo", "Stefanka" i "Rumba". Można było je kupić w "Camargo" na Nowym Świecie, "Markizie" na Lwowskiej, "Paryżance" na Krasińskiego, "Śnieżce" na Mokotowskiej, w "Ptysiu" na Grójeckiej. Obecnie chyba żaden z tych pachnących sklepów już nie istnieje.

Lud się zdemokratyzował, panie już nie kupowały pod choinkę panom złotych spinek do koszuli. A co w zamian? Sklep z odzieżą przy Marszałkowskiej 8 reklamował wielki wybór krawatów, szalików, chusteczek do nosa.

niedziela, 19 grudnia 2010
Rozbierają skocznię mokotowską

warszawa

Właśnie znika bardzo charakterystyczne miejsca Mokotowa południowego – skocznia narciarska. Już rozpoczęły się prace rozbiórkowe.

Montaż skoczni rozpoczęto ponad pół wieku temu, latem 1955 roku. Prace szły niezwykle szybko. Produkcję prefabrykowanych elementów skoczni rozpoczęto w czerwcu a już 25 lipca zaczęły się prace montażowe. Główną przyczyną pośpiechu był mający się odbyć w sierpniu V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. To była pierwsza powojenna dekada i o materiały było bardzo trudno. Na nic nie zdały się wysiłki robotników. Nie dostarczono na czas igelitu, w związku z tym otwarcie obiektu trzeba było przesunąć na inny termin.

Skocznię wybudowano na płaskim terenie, ale wykorzystana została skarpa, którą podwyższono i wyprofilowano, tworząc zeskok. W założeniu miała umożliwiać skoki przez cały rok, dzięki nawierzchni z mat igelitowych w okresie bezśnieżnym. W tamtych czasach było to nowoczesne rozwiązanie. W świecie, np. na Florydzie stosowano sztuczny śnieg, w ZSRR igliwie a w Finlandii maty słomiane.

Rozwiązanie konstrukcyjne było nowatorskie, podobno pierwsze w świecie. Wstęga rozbiegu została zawieszona na trzech podporach. Każda składała się z dwóch dźwigarów kablobetonowych, zastosowanych po raz pierwszy w Polsce. Wieża miała wysokość 34 metrów i składała się z trzech podstawowych, powtarzalnych elementów prefabrykowanych. Miała siedem kondygnacji. Skocznia posiadała trzy tarasy rozbiegowe o wymiarach 6x6 metrów, umożliwiające oddawanie skoków z trzech długości rozbiegu. Największa długość 55 metrów umożliwiała oddanie skoku na odleglość 45 metrów. Wszystkie elementy żelbetowe powstały w Warszawskich Zakładach Betoniarskich i Żelbetowych.

Skocznię zaprojektował zespół składający się z trzech inżynierów. Głównym projektantem był inż. Zenon Zieliński, współpracujący z inż. Czesławem Cywińskim i inż. Janem Stańczykiem. Projekt architektoniczny wykonał inż. arch. Jeremi Strachocki.
pokaż powiększenie

Rok później oddano budynek gospodarczo – administracyjny i stałą wieżę sędziowską. Poniżej skarpy znalazły się trybuny dla 5000 widzów.

Skocznia oficjalnie została otwarta na początku marca 1956 roku. Piękna pogoda przyciągnęła rzesze warszawiaków, spragnionych rozrywki. W pierwszych zawodach brali udział zakopiańczycy i skoczkowie warszawscy. Skocznia stała się oryginalnym elementem skarpy.

Zawody sportowe odbywały się do 1975 roku. Potem przez następnych pięć lat skocznia była remontowana. Po roku 1980 wznowiono skoki. Ostatnie zawody odbyły się w maju 1989 roku. W latach 90-tych na terenie skoczni działał serwis narciarski, była sauna, korty, odbywały się też tutaj słynne giełdy narciarskie. Skocznia mogła na siebie zarobić.

Potem, gdy cały kraj ogarnęła małyszomania, zaczęto się zastanawiać nad modernizacją i odbudową częściowo rozebranej skoczni. Jednak zarządzający terenem Warszawski Ośrodek Sportu i Rekreacji niczego nie obiecał, gdyż wynikł problem z własnością terenu. To miejsce należące poprzednio do skarbu państwa na mocy wyroku sądowego przejęła gmina. W dodatku już istniał plan zbudowania ogromnego kompleksu sportowego.
pokaż powiększenie

Dwa lata temu zaczęto mówić więcej o rozbiórce skoczni. Zainteresowani tematem twierdzili, że skoki z dala od gór nie mają większego sensu, nie są atrakcyjne. Z kolei w Warszawie trudno by było znaleźć aż tylu profesjonalnych skoczków, aby opłacało się obiekt utrzymywać. Obecnie wieża grozi zawaleniem i został wydany nakaz rozbiórki.

Na starych zdjęciach sprzed ponad pół wieku, gdy w wyniszczonym wojną mieście nie było zbyt wielu atrakcji, widać ogromne tłumy pod skocznią. Nie powstydziłoby się ich Zakopane. Cała okolica wyglądała też inaczej. Niemal pusta ogromna przestrzeń, gdzieniegdzie widać pierwsze budujące się domy. Skocznia górowała nad całą okolicą. Obecnie jest przysłonięta rozrośniętymi drzewami, zwłaszcza od strony podnóża skarpy.

Ostatnie zdjęcia można tu zobaczyć.

czwartek, 16 grudnia 2010
Julien Bryan

warszawa





"Najważniejsze w opowieści o oblężonej Warszawie nie były zburzone budynki lub karabiny czy niemieckie bombowce nad głową. Najważniejsze było to, co sie przytrafiło zwykłym mieszkańcopm Warszawy, starcom i staruszkom, matkom i małym dzieciom, tysiącom cywilnych pracowników, którzy robili swoje i nie porzucili pracy. Zrobiłem i inne zdjęcia ale te, z których jestem dumny i które długo będa prawdziwym dokumentem oblężenia tego wspaniałego miasta, to proste fotografie - zbliżenia odważnych ludzi w agonii."
Julien Bryan






W Domu Spotkań z Historią jest wystawa zdjęć dokumentalisty amerykańskiego, Juliena Bryana.

Julien Bryan pierwszy raz był w Polsce w 1936 roku. Ponownie przyjechał do Warszawy zaraz po wybuchu wojny, 7 września. Robił zdjęcia i kręcił filmy dokumentalne, utrwalając życie w okupowanym mieście. Poruszał się samochodem, przydzielonym przez prezydenta Starzyńskiego. Wyjechał przed kapitulacją, 27 września, wywożąc kilkaset zdjęć i rolki z filmami. Wkrótce świat zobaczył dramat Warszawy. Zdjęcia opublikował w prasie amerykanskiej.

W 1940 roku ukazała się jego książka "Oblężenie" z reportażem i zdjęciami okupowanej Warszawy. Wszedł tez film dokumentalny o tym samym tytule. Był nominowany do Oscara.
pokaż powiększenie

W 1946 roku z misją UNRRA przyjechał do Polski i Warszawy, gdzie dokumentował życie w zrujnowanym mieście. Ponownie zawitał w 1958r roku i usiłował odnaleźć osoby, które fotografował we wrześniu 1939 roku. Spotkał sie z 23. Rok później dokumentował odbudowę powojenną. Ostatni raz był w 1974 roku. W tym roku też zmarł.

Wystawa w DSH ma charakter multimedialny. Oprócz zdjęć są też pokazywane krótkie filmy z całego okresu, gdy Bryan przebywał w Warszawie. Warto to zobaczyć, ponieważ większość zdjęć nie była u nas publikowana lub jeśli była to bardzo rzadko.

Wystawa potrwa do lutego przyszłego roku.

niedziela, 12 grudnia 2010
Rozbiórka starej kamienicy z getta - Żelazna 65

warszawa

Właśnie jest rozbierana kamienica przy Żelaznej 65. Głośno było o niej w 2004, gdy runęła jej część północna.

Kamienica powstała w 1877 roku dla hrabiego Feliksa Trzaski. Początkowo miała tylko dwa piętra. W 1926 roku przez nowych właścicieli została podwyższona o dwie kondygnacje. Teren wyglądał wtedy zupełnie inaczej, aż trudno uwierzyć. Za kamienica ciągnął się kilkuhektarowy sad a niektóre jego drzewa rosną do tej pory.

Po sąsiedzku na posesji pod numerem 63 mieściła się fabryczka. Dom przy Żelaznej 63 zbudowano w 1876 r. Piętrowa kamienica należała do Józefa Duschika. W podwórku działała znana niegdyś wytwórnia maszyn rolniczych Duschik & Scholze, do której od strony Żelaznej prowadziła zachowana do dziś ozdobna brama. W 1903 r. istniała tutaj Fabryka Maszyn Stanisław Patschke i S-ka, przejęta w 1912 roku przez Tadeusza Godlewskiego, który przekształcił ją w fabrykę rur kanalizacyjnych i wodociągowych.

Dalsze losy tych dwóch posesji są związane z II wojną światową. W 1939 roku tuż przy tej bramie znajdowała się barykada. Gdy utworzone zostało getto, w tym samym miejscu była jedna z bram wejściowych do niego i początkowo drewniany płot, który potem został zastąpiony murowanym. Na znanym zdjęciu z 1940 roku widać tę bramę i kawałek muru i bardzo charakterystyczną południową ścianę kamienicy pod numerem 65. Widać też piętrową kamienicę spod numeru 63. Ten kawałek getta, jako jeden z bardzo nielicznych pamiątek po nim cudem ocalał, bo kamienice po przeciwnej stronie runęły i zostały rozebrane.

Po wojnie kamienica z Żelaznej 65 stała się własnością kwaterunku. Znajdowało się tutaj 13 mieszkań. Kamienica była w tragicznym stanie, ostatni remont przeszła w 1929 roku przy okazji rozbudowy. Lokatorzy mieszkali jeszcze w latach 90-tych.

W 1990 roku władze Woli zdecydowały się na przekazanie ciągu działek wzdłuż Żelaznej SBM Dembud, w tym działkę z nr 65. Spółdzielnia miała kamienicę odrestaurować. Miała również przejąć zabudowania po fabryce Duschika. Historycy architektury nie bez powodu budynki z obu adresów traktują jako jedną całość. Wstępnie zakładano, że w domu Duschika powstanie karczma a w podwórku wielopiętrowy budynek mieszkalno – usługowy. Ale dzielnica zaczęła zwlekać z przekazaniem działki. Okazało się bowiem, że część przylegająca do Żelaznej jest własnością skarbu państwa a pozostała należy do gminy Centrum. Granica przebiegała akurat przez zabytkowy dom. To był efekt komunalizacji w 1948 roku.
pokaż powiększenie

Jeszcze w 1982 roku w Wydziale Architektury dzielnicy Wola zapadły decyzje o wyburzeniu budynku przy Żelaznej 63. Przez wiele lat jednak nic się nie działo. W 1992 roku pod wpływem nacisków została wpisana do rejestru zabytków razem z zabudowaniami fabrycznymi i bramą. W drugiej połowie lat 90-tych burmistrz Woli powrócił do pomysłu rozbiórki tego budynku. Protestowali miłośnicy zabytków, organizowali pikiety. Władze dzielnicy od pomysłu odstąpiły. W październiku 1999 roku kamienica Duschika częściowo spłonęła. Prawdopodobnie została podpalona przez nieuwagę przez koczujących tam bezdomnych. Mimo, że była w rejestrze zabytków, nikt jej nie zabezpieczał przez dalszymi zniszczeniami. Zupełnie jakby czekano, aż się sama zawali do reszty. Nie była nigdy remontowana. Przed wojną miała piętro, po wojnie go nie odbudowano, lecz przeznaczono do rozbiórki. W wydziale komunalnym nie była nawet w ewidencji. Potem przez wiele lat straszyła swoim wyglądem. Stała zrujnowana, z powybijanymi szybami, przez dziury było widać samosiejki. Można by pomyśleć, że w tym zakątku dalej trwa wojna.

Podobnie tragicznie wyglądała przyległa kamienica spod 65. Już w 1998 roku rzeczoznawca budowlany oceniał, że może się zawalić w każdej chwili. Była bardzo zniszczona, po balkonach zostały tylko belki żelazne. Drewniane stropy ledwo się trzymały, schody do piwnicy były całkiem zrujnowane, jedno gruzowisko. No i stało się. Na początku stycznia 2004 roku pod naporem śniegu zawalił się dach nad częścią kamienicy a potem część stropów. Ówczesny burmistrz chciał kamienicę zrównać z ziemią ale nie zgodził się wojewódzki konserwator zabytków. Na zabezpieczenie kamienicy miasto wysupłało 500 tys. zaś Wola wyasygnowala 1 mln z 10, które miała na wszystkie remonty w dzielnicy.
pokaż powiększenie

Południowa część kamienicy została zabezpieczona przez katastrofą, północna, niestety, rozebrana do parteru, ponieważ odchylała się od pionu o 15 cm kierunku ulicy Żelaznej i groziła runięciem na jezdnię i sąsiednie budynki. Początkowo konserwator nie chciał się na to zgodzić, bo chciał aby ściany fasady głównej i szczytowa zostały zachowane. Miasto jednak nie zamierzało wykładać więcej pieniędzy, bo do jednego mieszkania zgłosili roszczenia spadkobiercy byłego właściciela. Wydział Polityki Lokalowej powiedział, że miasto nie da pieniędzy na coś co może przejść w prywatne ręce. Wstępnie koszt remontu oceniono na 3 mln. W tym czasie aż 33 kamienicom na Woli groziło zawalenie. Burmistrz przez ponad rok urzędowania nic nie wyremontował, ani jednej kamienicy. Twierdził, że nie ma na to środków.

Potem kamienica wraz działką przeszła w ręce gminy żydowskiej, która otrzymała ją zamiennie za działkę przy synagodze Nożyków, gdzie obecnie znajduje się boisko szkolne. Gmina chciała kamienicę odbudować a w części budynku urządzić wystawę fotografii warszawskiego getta, które kupowała na aukcjach internetowych. Miejsce było niemal symboliczne. Planowała tez utworzenie punktu informacyjnego dla turystów. Odbudowa rozpocząć się miała w 2009 roku.

Od lipca 2008 roku właścicielem działki z nr 63 jest spółka Liberty Development Poland , która już odrestaurowała zabytkową bramę. Dom Duschika ma mieć nadbudowane piętro. Zagospodarowane zostaną jego piwnice, podobno wielkiej urody. Jest też obecnie właścicielem kamienicy Żelazna 65. Nie wiem, kiedy gmina żydowska się jej pozbyła.

Właśnie zaczęła się rozbiórka tej kamienicy. Szef spółki Maksymilian Max Lebenstein twierdzi, że kamienicy nie dało się uratować a najnowsza ekspertyza podobno wieszczy następna katastrofę budowlaną. Południowej ściany ponoc nie można podeprzeć, bo konstrukcja by musiała stanąć na działce 63, w miejscu dawnej fabryczki Duschika. Dziwne, bo kamienica była solidnie wzmacniania i zabezpieczana kilka lat temu. Max Lebenstein mówi, że przy rozbiórce wszystkie cegły są numerowane i posłużą do rekonstrukcji. Dziwne jest to nagłe pogorszenie kondycji kamienicy. Łatwiej jest budować od nowa, niż remontować. Można przy okazji zrobić podziemne garaże, które trudno by było wcisnąć gdyby kamienica stała. Nie wierzę, że kamienica zostanie odbudowana a jeśli nawet, to będzie to tylko odtworzenie a nie oryginalna fasada. Dziwnie łatwo pani konserwator Nekanda – Trepka zgodziła się na pomysły inwestora.
pokaż powiększenie

W Warszawie to niemal reguła – spółka kupuje za grosze działkę ze starym lub wpisanym do rejestru budynkiem i nic nie robi. Czeka cierpliwie na pogorszenie stanu technicznego. Tak było z kamienicą Ehrlichów przy ul. Pańskiej 82, swego czasu najstarszym budynkiem na przemysłowej Woli. Firma Elektrim w latach 90-tych wydzierżawiła go wraz z gruntem i zobowiązała się wyremontować. Oczywiście nic nie robiła. W kamienicy wybuchł pożar. Zniszczeń dopełniły deszcze. Doprowadzony przez siebie do katastrofalnego stanu budynek Elektrim spokojnie rozebrał i urządził na jego miejscu parking. Obecnie podobna sytuacja jest na Mokotowie z willą znanego przedwojennego kuśnierza, Chowańczaka. Budynek dwa razy był podpalany. Wpisanego do rejestru zabytków rozebrać nie można, bo konserwator nie da zgody. Ale można więc spokojnie czekać, aż doprowadzony do ostatecznej ruiny zawali się. Wtedy zostanie otwarta droga do wystawienia jeszcze jednego banalnego apartamentowca. Bo wciąż bardziej opłaca się budowac nowe, niż remontować stare.

Co na to konserwator? Dlaczego nie ma surowych kar dla niszczycieli resztek przedwojennej warszawskiej zabudowy? Czy prawo nie powinno nakazywać odbudowy domu celowo doprowadzonego przez inwestora do katastrofy budowlanej lub bezprawnie rozebranego jak ma to miejsce na Saskiej Kępie?

poniedziałek, 06 grudnia 2010
Rotunda przy Oboźnej.

warszawa

Przy Oboźnej pod Dynasami widać dziwną, zrujnowaną budowlę, przytuloną do skarpy. Są to resztki rotundy, w której mieściła się w XIX wieku "Panorama Tatr", potężny obraz długi na 120 metrów i wysoki na 16. Gmach został wybudowany w 1896 roku wg projektu Karola Kozłowskiego właśnie dla tej panoramy.

Budowla jednokondygnacyjna miała ciekawy kształt dwunastościanu foremnego, nakrytego wielospadowym dachem namiotowym. Wejście znajdowało się od strony Oboźnej. Wystawiano w niej i inne obrazy. Ostatnim była "Golgota" Jana Styki w 1902 roku.

Panoramy wyszły po jakimś czasie z mody i rotundę przebudowano w latach 1910 - 1911 na wielki teatr, mający 1300 miejsc. Od 1913 roku występowały tu różne zespoły, głównie żydowskie, w tym słynny zespół Abrahama Kamińskiego z gwiazdą Ester Rachel Kamińską. Od 1926 roku ponownie przebudowany gmach stał się własnością Warszawer Idiszer Kunstteater, kierowanym przez Idę Kamińską. W latach 1936 - 1937 mieścił się tutaj kabaret "Wesoły Ul" a w roku 1938 rotunda została znów przebudowana, tym razem dla stacji obsługi samochodów Chewrolett. Warsztaty były bardzo nowoczesne. Budynek teraz miał wysokośc trzech kondygnacji i wjazd znajdował się od strony Dynasów z poziomu jezdni ulicy. Dostawiono też od południa piętrowy pawilon.

Ciekawie te czasy wspomina Józef Galewski:
"Na części terenu od Oboźnej wybudowano ogromną rotundę, gdzie początkowo mieściła się piękna panorama Tatry. Niestety, nie mogła konkurować z Golgotą, ściągała tylko nielicznych widzów. Do Zakopanego, leżacego wtedy na terenie Austrii, trudno było jeździć, więc piękno Tatr nie było tak spopularyzowane jak obecnie. Co innego Golgota - nawet księża na ambonach ją reklamowali i nakłaniali wiernych do odwiedzania tej panoramy. Co prawda, i jedna, i druga były warte obejrzenia za owe dwadzieścia czy trzydzieści kopiejek.

W koncu Tatry zdjęto. Podobno płótno z malowanym tak artystycznie widokiem gór sprzedano na pałatki dla wojska."
pokaż powiększenie

W 1944 roku budynek poważnie ucierpiał. Do obecnych czasów zachowała się większośc murów obwodowych dwóch dolnych kondygnacji. W części pomieszczeń znajdują się magazyny teatru Polskiego.

Wiele razy w przeszłości była mowa, że warto rotundę odbudować. Plan zagospodarowania to przewiduje. Teraz szczęście się do niej uśmiechnęło, ale połowicznie. Znalazł się inwestor, który chce postawić gmach o funkcjach publiczno - mieszkaniowych. Na dwóch dolnych kondygnacjach byłyby publiczne, na pozostałych 34 apartamenty. Trzy kondygnacje byłyby oszklone, tak jak to widać na rysunku inwestora. Budynek od strony skarpy miałby mieć 5 kondygnacji, od strony podnóża aż siedem. Stołeczna konserwator wraz z urzędnikami z miejskiego biura architektury twierdzą, że budynek jest za wysoki i nie zgadzają się na tyle pięter. Architekt Jakub Wacławek, będący autorem projektu odbudowy, jest gotów rotundę obniżyć, choć twierdzi, że wysokość ustalał z historykami na podstawie przedwojennych zdjęć. Podobno od trzech lat nikt w ratuszu nie chciał z nim na ten temat rozmawiać. Jest jeszcze drugi zarzut, ale ten z kolei kuriozalny. Urzędnicy mają za złe, że rotunda nie tworzy pierzei ulicy Oboźnej. Nigdy nie tworzyła, zawsze była budynkiem wolnostojącym i cofniętym od ulicy. Takie zarzuty może stawiac ktoś, kto nie zna zupełnie miasta i jego historii, a stanowisko dostaje z klucza partyjnego.
pokaż powiększenie

Zastrzeżenia pani konserwator sprowadzają się do tego, że widzi tu wyłącznie funkcje kulturalne, zaś aparamenty w niewielkiej ilości.

Biuro architektury ma ponownie rozpatrywać wniosek o warunki zabudowy.

Wiadomo, że miasto rotundy nie odbuduje. Trudno się też dziwić prywatnemu inwestorowi, że nie chce dokładać do interesu. Siedmiopiętrowy budynek wystający nad skarpę jest zdecydowanie za wysoki, ale przeciez warunki można omówić i drogą wzajemnych ustępstw osiągnąć jakiś kompromis.

Literatura: "Atlas dawnej architektury ulic i placów Warszawy", Jarosław Zieliński; "Warszawa zapamiętana", Józef Galewski; "Gazeta Stołeczna", Michał Wojtczuk, 11.10.2010