Zakładki:
......
.......
........
.........
Dekret warszawski
E-varsaviana
Fotoblogi i blogi warszawskie
Informatory
Komunikacja warszawska
Różne
Warszawa
Warszawa - z obiektywu forumowiczów
Warszawa przedwojenna
Warszawa wojenna
Wycieczki po Warszawie z przewodnikami
Żydzi Warszawy

blogi










site statistics


czwartek, 19 lutego 2009
Niedawne sielskie widoki

warszawa Dalej (...) jest Królikarnia. Tak nazwana od prowadzonej tu za królów Sasów hodowli królików. Dziś p. Marta Krasińska urządziła tu schronisko dla nieuleczalnie chorych. Ciekawa jest historia pałacu. Polecił go wznieść Merliniemu Karol, hr. Thomatis, dyrektor teatru za Stanisława Augusta, sądząc, że król go odkupi zaniechawszy kłopotliwej i kosztownej budowy Łazienek, a on na tym zarobi. Omylił się jednak; pałac nie zadowolił wybrednego gustu króla, więc Thomatis użył go na miejsce zabaw i klub, w którym zgrywali się w karty wespół z magnatami i dworakami królewskimi różni awanturnicy nawiedzający Warszawę, jak Casanova, Cagliostro i in." "Gawędy o Warszawie" Franciszek Galiński.

Kilka dni temu stałam się posiadaczką książki "Jedziemy w niedzielę za miasto", wydaną w 1953 roku. Widać, jak Warszawa się bardzo powiększyła i zmieniła. 50 lat temu miejsca, które są niemal o rzut beretem od centrum, były uznawane za teren podmiejski, gdzie można spędzić przyjemnie wolny czas. Wyjazd do Wilanowa to była cała wyprawa. Bliżej znajdowała się Królikarnia. Droga do niej prowadziła wzdłuż malowniczej skarpy. Dziś takich miejsc dziewiczych nie ma. Nie ma wiejskich niemal dróżek. Wszędzie niestety tylko asfalt, kostka Bauma i przy odrobinie szczęścia można zobaczyć żwir. pokaż powiększenie

Nie ma już pod skarpą domków ogrodników. Ostatni został wysiedlony całkiem niedawno. Pięćdziesiąt lat temu z tarasu Królikarni rozciągał się piękny widok: łąki i sady po sam horyzont, widać było drogę do Wilanowa. Dziś dominuja bloki. Tak książka opisuje krajobraz:
"Jaki śliczny widok roztacza sie z tarasu! Przed nami ogrody, łąki, droga do Wilanowa podobna do zielonej gąsienicy, dalej bukiet drzew z białym kwiatem - pałacem wilanowskim, a po prawej stronie skarpa, wygięta jak ramię obejmujące cały ten krajobraz. Na skarpie Natolin, Ursynów, Służew."

Zmieniło się bardzo otoczenie Żółtej Karczmy przy Alei Wilanowskiej. Niegdyś był to dom podmiejski na wzgórzu przy trakcie wilanowskim, wśród pól. Obecnie jest przy bardzo ruchliwej ulicy. Budynek wg projektu Franciszka Marii Lanciego powstał w połowie XIX wieku równocześnie z przebudową kościoła św. Katarzyny na Fosie. Pierwotnie znajdowała się w nim karczma zwana „Belle-Vue”. Powstała przy bitym trakcie łaczącym Wilanów z Traktem Piaseczyńskim, czyli obecną ulicą Puławską. Było to w 1850 roku. Tereny należały do folwarku służewskiego, będącego własnością rezydentów Wilanowa. Oni też karczmę dzierżawili chętnym. Nie trwało to jednak długo. Nie przynosiła spodziewanych dochodów. Pobliskie karczmy na Wierzbnie, Ursynowie i Wilanowie odbierały gości. W związku z tym budynek był przeznaczany na różne cele. Ówczesny kompleks składał się z budynku karczmy, wozowni, stajni, chlewu i studni. Całość była ogrodzona. Ogrodem zajmował sie ogrodnik z Morysina. Urządzeniem ogrodu zajmował się ogrodnik Zbraniecki z Morysina. pokaż powiększenie

Nazwa "Żółta Karczma" jest podobno autorstwa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który w latach jeszcze przedwojennych odwiedzał tu swojego przyjaciela Japończyka, mieszkającego w wieży. Przed wojną budynek wynajmowany różnym przypadkowym osobom był w strasznym stanie.

W 1966 roku posiadłość stała się własnością Skarbu Państwa. W latach osiemdziesiątych została odrestaurowana. Obecnie mieści się tu Muzeum Ruchu Ludowego. Budynek jest w rejestrze zabytków.

Zdjęcia pochodzą z książki "Jedziemy w niedzielę za miasto", wyd. "Kraj" 1953 r.

poniedziałek, 09 lutego 2009
Moja wojna

warszawa

(...) Mówię o ruinach i gruzach Warszawy. Przyjechałem z zachodu, wówczas jeszcze nietkniętego zniszczeniami. W Berlinie, dobrze to pamiętam, ludzie odbywali wtedy dalekie pielgrzymki do jakiegoś uszkodzonego narożnego domu, trafionego pojedyńczą brytyjską bombą lotniczą. Jak będzie wyglądało milionowe miasto w ruinie - tego nikt nie mógł sobie wyobrazić, chyba że w futurystycznych wizjach. Teraz takie miasto zobaczyłem. Niespodziewanie. I nie tylko widziałem te domy, bloki, całe dzielnice zburzone i wypalone, sterczące w nawisłe śniegiem niebo pierwszych styczniowych dni, nie tylko słyszałem martwą ciszę nad czarnymi, spękanymi zębami murów i pustymi, wciśniętymi w ziemię zarysami budynków - nakładały się na nie moje wspomnienia, w których Warszawa żyła nadal nietknięta, taka, jaką poznałem owego przedwojennego 1937 roku, teraz już tak odległego. Czułem się upokorzony, zrobiło mi się niedobrze, miałem poczucie winy, z roli obserwatora wpadłem z rolę sprawcy.
/fragment z książki/

Niedawno wyszła książka "Moja wojna" Joe J. Heydeckera.

Autor, będąc młodym chłopakiem, został wcielony do Wehrmachtu. W 1941 roku przebywał w Warszawie. Tu, w tajemnicy przed przełożonymi, utrzymywał kontakty z Polakami. Zetknął sie z nimi gdy przypadkowo trafił do lokalu "Gospoda Włóczęgów", mieszczącego się w wielkim mieszkaniu w Alejach Jerozolimskich. Gospoda była połączeniem restauracji z kabaretem i dawała utrzymanie warszawskim artystom. Kelnerkami były aktorki i piosenkarki.

Autor jako żołnierz niemiecki, mógł się swobodnie poruszać po mieście, robić notatki i zdjęcia okupowanej Warszawy. Fotografował również getto, z narażaniem siebie, bo nie każdy Niemiec miał prawo tu wchodzić. Część zdjęć z książki nigdy nie była publikowana. Również nie często zdarzają się opisy wojennej Warszawy widzianej oczami życzliwego nam Niemca. Z tego względu książka warta jest przeczytania. Kosztuje 35 zł.

czwartek, 05 lutego 2009
Zagłosuj na Warszawę!
Podobnie jak w ubiegłym roku ktoś życzliwy i nieznany mi zgłosił blog do konkursu Blogger2009.
Blog przez kilka lat istnienia wrósł w blogosferę, pokazał Warszawę znaną i nieznaną. Zgromadził niewielką społeczność osób zainteresowanych Warszawą. Jeśli ktoś uważa, że warto go pochwalić, to proszę o zagłosowanie. :-)
Zagłosuj na ten blog w konkursie Bloger 2008
środa, 04 lutego 2009
Zamach na Kutscherę

warszawa
Komunikat nr 31
W dniu 1 lutego 1944 r. o godz. 9.15 w Warszawie, na podstawie wyroku, został zabity silnie strzeżony i zakonspirowany gen. SS i policji Kutschera, szef SS, policji i gestapo na dystrykt warszawski, główny organizator trwającego od kilku miesięcy wzmożonego terroru. W starciu z konwojem zginęlo kilku innych oficerów i żandarmów.
3 II 1944 r.
Kierownictwo Walki Podziemnej

1 lutego upłynęła 65 rocznica zamachu na Kutscherę, dowódcę SS i policji w dystrykcie warszawskim. Mianowany został przez Himmlera 25 września 1943 roku. Miał wówczas 39 lat.

2 października Hans Frank wydał rozporządzenie o zwalczaniu ruchu oporu w Generalnej Guberni i to dało Kutscherze podstawę do mordowania warszawiaków. Rozwinął się terror na niespotykana dotąd skalę. Wg Władysława Bartoszewskiego tygodniowo ginęło około 300 osób.

Pierwsza uliczna egzekucja odbyła się 16 października 1943 roku na rogu al. Niepodległości i Madalińskiego. Potem nastąpiły następne. Ofiarami najczęściej były osoby zupełnie przypadkowe, wzięte w łapankach na ulicy albo z tramwaju. Nikt nie był pewny, czy wróci do domu. Od października do lutego na ulicach zginęło około 5000 osób. Kutschera zdobył sobie miano kata Warszawy.

W tej sytuacji komendant Kedywu płk. "Nil" 24 grudnia 1943 roku poinformował dowódców odziałów dywersyjnych, że na Kutscherę został wydany wyrok śmierci. Do wykonania zadania został przeznaczony oddział specjalny "Pegaz".

Identyfikacja generała nastąpiła bardzo szybko. Jak zwykle pomógł przypadek. Został zauważony przy okazji obserwacji wyższych oficerów gestapo przez "Rayskiego", gdy wjeżdżał do budynku przy al. Ujazdowskich 23, gdzie mieściło się dowództwo SS i policji. Gdy "Rayski" po kilkudniowej obserwacji zameldował o swoich spotrzeżeniach i przypuszczeniach "Nilowi", na pokazanym mu zdjęciu rozpoznał Kutscherę. To dało podstawę do dalszej obserwacji. Ustalono, że Kutschera mieszka przy alei Róż 2, zostało to sprawdzona w biurze meldunkowym. Choć raz przydał się niemiecki porządek. pokaż powiększenie

Nastąpiła druga faza obserwacji. Przez prawie miesiąc wywiadowczynie: "Hanka", "Kama" i "Dewajtis" codziennie rano między 8 a 9 rano obserwowały przejazd Kutschery z alei Róż 2 w aleje Ujazdowskie 23. Zmieniały się co kilka minut, żeby nie wpaśc w oko wartownikom i krążącym cywilnym agentom gestapo. 20 stycznia obserwacja została zakończona.

Wykonanie akcji powierzono I plutonowi "Pegaza" pod dowództwem 22-letniego "Lota" - Bronisława Pietraszkiewicza. Młody człowiek ze względu na swą solidność cieszył się dużym zaufaniem dowództwa. W skład grupy wykonującej wyrok weszli: "Żbik" - zastępca "Lota" i drugi wykonawca wyroku (Jan Kordulski - 22 lata), "Miś" (Michał Issajewicz, będący kuzynem "Lota"), "Kruszynka" (Zdzisław Poradzki - 23 lata), "Olbrzym" (Henryk Humięcki) i "Cichy" (Marian Senger - 21 lat). Zamówiono trzy samochody, dwa do zabrania grupy po akcji, jeden do zablokowania samochodu Kutschery. Dwa pierwsze mieli prowadzic "Bruno" (Bronisław Hellwig) i "Sokół" (Kazimierz Sott) , a samochód blokujący "Miś".

Akcja przeciwko Kutscherze musiała się odbyć między aleją Róż a Alejami Ujazdowskimi ale jak najdalej od alei Szucha. Punkt zbiórki i pobrania broni ustalono w mieszkaniu Marii Pisarek przy Mokotowskiej 59 m. 31.

Pierwszy termin akcji ustalono na 28 stycznia, lecz samochód z Kutscherą nie przyjechał. Tego dnia z akcji został wyłączony "Żbik", ponieważ został postrzelony w przypadkowym starciu z żandarmerią niemiecką. 29 stycznia ustalono drugi termin akcji na 1 lutego. Jednocześnie dokooptowano "Juno"(Zbigniew Gęsicki - 25 lat) i "Alego" (Stanisław Huskowski - 22 lata).

1 lutego z samego rana z garażu przy Ogrodowej "Bruno" i "Sokół" zabrali samochody z boksów wynajmowanych na nazwisko fikcyjnego Niemca. "Miś" z garażu przy Czerniakowskiej 206. Przed 8 rano łączniczki z mieszkania pani Pisarek zabrały krótką broń dla kierowców samochodów oraz lewe dokumenty. pokaż powiększenie

O godz. 8.50 wszyscy byli na stanowiskach. Naprzeciwko wylotu alei Róż po parzystej stronie Ali Ujazdowskich stała "Kama", która miała zasygnalizować wyjście Kutschery z domu i odjazd samochodu, i przejść na drugą stronę ulicy w kierunku Chopina. Sygnał od "Kamy" miała przejąć "Dewajtis", stojąca u wylotu Chopina i zasygnalizować samochód Kutschery u wlotu alei Róż w Aleje Ujazdowskie a następnie oddalić się z miejsca akcji. Sygnał miała od niej odebrać "Hanka", stojąca przy narożniku parku Ujazdowskiego przy Piusa XI (obecnie Piękna) i przekazac "Lotowi". "Lot" dał sygnał do rozpoczęcia akcji.

Wszystko rozegrało się błyskawicznie. "Miś" ruszył z Pięknej w Aleje i zajechał drogę Kutscherze. "Lot" zaczął biec i z odległości metra zaczął strzelać do siedzącego Kutschery i kierowcy auta. Na pomoc rzucił się "Kruszynka" a potem "Miś", który pomógł żyjącego Niemca wyciagnąć z samochodu i strzelił do niego z pistoletu. Obaj zabrali jego broń i teczkę, ponieważ nie mogli w kieszeni munduru znaleźć dokumentów, potwierdzających tożsamość.

Akcja trwała zaledwie 90 sekund, ale w tym czasie Niemcy zdążyli postrzelić w brzuch "Lota", "Chichego" i "Olbrzyma" a "Misia" w głowę.

Samochód prowadzony przez "Bruna" zabrał zdrowych "Kruszynkę" i "Alego" i dojechał do Krochmalnej, gdzie nastąpiło oddanie broni i wymiana dokumentów.

Samochód prowadzony przez "Sokoła" zabrał rannych i po drodze z placu Bankowego doktora "Maksa". Ruszyli do szpitala Maltańskiego, gdzie lekarz dyżurny odmówił przyjęcia ciężko rannych. Zostali na opatrunki lżej ranni "Mis" i "Olbrzym" a pozostali dwaj pojechali do szpitala Przemienienia Pańskiego, gdzie zostali zoperowani. Stan ich był jednak prawie beznadziejny. pokaż powiększenie

Zostawiwszy rannych w szpitalu "Sokół" z "Junem" mieli odprowadzić samochód w najbliższe dogodne miejsce i zostawić. Obaj jednak zdawali sobie sprawę z wartości samochodu dla oddziału i postanowili go doprowadzić do garażu. Na moście Kierbedzia zostali z obu stron zaskoczeni przez Niemców. Wybrali skok do wody, żeby się ratować, ale zostali zastrzeleni. Ich ciał nigdy nie odnaleziono.

Tymczasem zapadła decyzja, aby zabrać ze szpitala zoperowanych ciężko rannych, pilnowanych przez policję. O godz. 17 przy Jagiellońskiej zebrał się zespół odbijający, ubezpieczany przez "Kamę" i ruszył do szpitala. Pod budynkiem już czekał samochód Miejskich Zakładów Sanitarnych. "Lot" został przewieziony do szpitala Wolskiego, zaś "Cichy" do Maltańskiego. Były duże problemy z ulokowaniem rannych, ponieważ szpitale z różnych powodów odmawiały przyjęcia kłopotliwych pacjentów.

"Lot" zmarł 4 lutego natomiast "Cichy" dwa dni po nim. Obaj zostali pochowani na Powązkach Wojskowych.

W odwecie za śmierć Franza Kutschery rozstrzelano 300 osób, zakazano Polakom prowadzenia samochodów i motocykli, zamknięto restauracje i nałożono na Warszawę 100-milionową kontrybucję. Jednak Niemcy po tym zamachu zrezygnowali z publicznych egzekucji. Ostatnia odbyła się 15 lutego 1944 roku.

Obecnie miejsca, gdzie stali poszczególni uczestnicy akcji są oznaczone napisami na chodniku. W miejscu akcji stoi pomnik. W rocznicę zamachu w miejscach, gdzie stali uczestnicy ustawiono ich zdjęcia.

niedziela, 01 lutego 2009
Gucin - Gaj

warszawa

Niedaleko skrzyżowania al. Wilanowskiej z Doliną Służewiecką na wzgórzu między ulicami: Fosa i Przy Grobli stoi kościół św. Katarzyny. U podnóża wzniesienia widać staw i kilkanaście drzew - pomników przyrody. Teren ten jest znany jako "Gucin - Gaj" lub "Gaik Masoński".

Tereny te są bardzo stare. Wieś Służew występuje w dokumentach już pod koniec XI w jako własność opactwa czerwińskiego. Kościół zaś musiał być już przed 1238 rokiem, bo w tym roku jest wymieniany w dokumentach. Oczywiście nie obecny kościół, tylko wówczas drewniany. W 1245 roku Służew stał się własnością komesa Gotarda. Otrzymał włości od Konrada I w nagrodę za zwycięstwo nad Jaćwingami, Prusami i Litwinami.

Na przełomie XV i XVI w. na miejscu drewnianego kościoła wybudowano murowany. Był on wielokrotnie niszczony, zwłaszcza w czasie wojen szwedzkich. Istniejący na wzgórzu dwór służewski wielokrotnie zmieniał właścicieli. W 1724 r. należał do Elżbiety z Lubomirskich Sieniawskiej. Jej zięć, August Czartoryski, właściciel Wilanowa, w latach 1742 - 45 odbudował zniszczony kościół, który sto lat później przebudował Franciszek Maria Lanci na polecenie Augusta Potockiego, prawnuka Czartoryskiego. Losy Służewa ściśle są związane z Wilanowem, choć wieś została do niego przyłączona formalnie dopiero w 1864 roku.

W latach 1817 - 1821 ówczesny właściciel Wilanowa, Stanisław Kostka Potocki urządził w Służewie siedzibę dla siebie, chcąc mieć trochę ciszy i spokoju, z dala od gwarnego życia. Był wówczas ministrem oświaty i wyznań Królestwa Polskiego i pełnił godność wielkiego mistrza wolnomularstwa polskiego. Tu się spotykał w wolnomularzami i oddawał pracy naukowej.

Stanisław Kostka Potocki przebudował istniejące od XVIII wieku budynki dworskie na wzgórzu, składające się z pałacyku i zabudowań gospodarczych, założył ogród, uporządkował całe otoczenie. Posiadłości nadał nazwę Gucin, od zdrobnienia imienia wnuka. pokaż powiększenie

Longin Majdecki w swoim opracowaniu "Gucin Gaj" przytacza tekst z albumu "Gucin", który zaginął podczas powstania warszawskiego.
"Położenie wdzięczne miejsca było powodem szanownemu właścicielowi w roku 1817 do wybrania i upiększenia tego ustronia. Na kilka lat przed skonem zajął się ozdobą jego i tu wolne chwile od prac publicznych odpocznieniu i naukom poświęcał. Tu dni całe przebywając, wiele dzieł utworzył i ukończył. Tu w dni świąt przyjmował na ucztę wiejską odwiedzającą go rodzinę i przywiązane do siebie osoby. Sam kierował pracami ku wygodzie i ozdobieniu lubego sobie schronienia, któremu nadał imię wnuka: Gucin. W tem więc ulubionem mu miejscu krewni, przyjaciele, obowiązani i zachowujący wysoki szacunek cnot i zasług dla kraju nierozłacznych niczem braci, powzięli myśl nową uczczenia ich pamięci zaszczepieniem "Gaju", w którem by każde drzewo sadzone ręką przyjazną tworzyło pomnik żalu wdzięczności, wyrażając ich uwielbienie i sławę u potomności."

Po śmierci Kostki Potockiego jego żona Aleksandra urządziła w latach 1821-30 Gaj. Miał upamiętnić nie tylko zmarłego, który był wielkim patriotą, ale również 30 rocznicę uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja. Pomagało jej w tym zamierzeniu wiele ówczesnych osobistości jak np. bliski sąsiad Jan Ursyn Niemcewicz, Stanisław Staszic, Adam Czartoryski, Zygmunt Vogel. Sadzili drzewa. Idea Gaju nawiązywała do idei dawnych świętych gajów, upamiętniających człowieka drzewami, sadzonymi przez jego przyjaciół. W Gaju ustawiono obeliski, sarkofag i kamienie pamiątkowe z napisami. Fundatorami niektórych pomników były znane wówczas osoby.

Gaj opisuje w swoim opracowaniu Longin Majdecki:
pokaż powiększenie "O najbardziej charakterystycznych cechach Gaju stanowił położony pod wzgórzem, tuż przy dolnej krawędzi skarpy staw; powstał on przez wykonanie sztucznych wykopów. Zasilany był wodą ze źródeł spod skarpy, a także kanałem krytym, doprowadzajacym wodę z potoku służewieckiego. Powstanie stawu nastąpiło znacznie wcześniej niż powstał Gucin. Roboty związane z kopaniem źródeł i sadzawki prowadził Locci przy pomocy zakonników: Tomasza i Kazimierza. Głównym celem było uzyskanie z potoku służewieckiego większej wody przepływowej dla stawów i jeziora w ogrodzie wilanowskim".

Najważniejszym pomnikiem Gaju był sarkofag z chęcińskiego marmuru upamiętniający Stanisława Kostkę Potockiego. Stanął on w roku 1824 roku i był wzorowany na odnalezionym nagrobku Scypiona Barabatusa z 298 r. p. n. e.

Gucin Gaj do 1856 roku był w rękach potomków Potockich, potem przejmowali go różni dzierżawcy. Szybko zaczęło się dewastowanie, rozmaite przeróbki i zmiany w pałacyku i ogrodzie na wzgórzu. Gaj cierpiał z powodu wycinki drzew i niszczenia pamiątek przez okoliczną ludność.

W roku 1895 Potocka zapisała Gucin Gaj Ksaweremu Branickiemu. Ostatni przed wojną właściciel Wilanowa Adam Branicki rozparcelował podupadający Gucin. Ogród górny i część dolnego sprzedał parafii św. Katarzyny, Gaj i pozostałą część dolnego ogrodu - Bolesławowi Habichowi. Habich kupował na raty w latach od 1938 r. do 1941 r. pokaż powiększenie

Duże zniszczenia spowodowała pierwsza wojna światowa a pogłębiła druga. Wycięte zostały wszystkie drzewa na wzgórzu przy kościele i większość w Gaju. Wyrąbana została piękna aleja topolowa prowadzaca z Wilanowa. Budynki gospodarcze spłonęły w 1939 roku razem z drewnianą zabudową ulicy Kościelnej, obecnie noszącej nazwę Fosa. Pałacyk rozpadł się w 1950 roku, był kompletnie zdewastowany. Z licznych pomników zachowały się tylko dwa: sarkofag i obelisk, i w 1963 roku zostały przeniesione do Wilanowa. Z pięknego stawu została tylko sadzawka, która widać na zdjęciu. Wokół są chaszcze i samosiejki. Pozostało kilka drzew, będących pomnikami przyrody. W zasadzie z dawnego Gucina Gaju pozostał tylko kościół.

Po wojnie część należąca do Habicha została dekretem Bieruta skomunalizowana. Staw wraz z Gajem przekazano w użytkowanie Państwowemu Przedsiębiorstwu "Centrala Rybna", które hodowało tu pstrągi i raki. W 1988 roku upadło a teren przejęła spółka akcyjna Aquamex. Gdy się zmienił ustrój, Gucin Gaj przeszedł na własność gminy Mokotów. Samorząd chciał teren sprzedać holenderskiej firmie pod budowę centrum handlowego, ale zablokowały to na szczęście roszczenia byłych właścicieli.

U dołu skarpy poniżej plebanii znajduje się murowany korytarz. Od dawna budzi emocje. Istniały różne teorie, niektórzy mówili o lochach, niektórzy o tym, że tu się zbierała za czasów Potockiego masoneria. Istniała też legenda, że lochem można dojść z Gaju do kościoła św. Katarzyny. Kilka lat temu dyrektor Ośrodka Dokumentacji Zabytków w rozmowie z dziennikarzem ze "Stołecznej" twierdził, że jest to pozostałość cembrowiny źródła zasilającego stawy i fontanny parku wilanowskiego. W owych czasach płynąca tu woda wsiąkała w piasek tworząc bajoro pod skarpą, dlatego ją obudowano. Podobno teraz tunel zasiedliły nietoperze. pokaż powiększenie

Przed wybudowaniem jezdni równoległej do Potoku Służewieckiego wszędzie się rozciągały pola, sady i łąki. Krajobraz był idylliczny. Jezdnia została poprowadzona przez podcięcie skarpy, która w dodatku nie została w żaden sposób zabiezpieczona i zaczęła sie osuwać. To spowodowało pękanie murów kościoła. Za ołtarzem były tak wielkie dziury, że można było włożyć rękę. Dzięki energii proboszcza, księdza Maja kościół stoi. Dookoła fundamentów wbito 160 pali, powstrzymujących zniszczenia.

Obecnie miasto chce w tym miejscu postawić estakadę i zniszczyć krajobraz do reszty. Dolina Służewiecka jest naturalnym przedłużeniem Trasy Siekierkowskiej.